Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koncerty biernie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koncerty biernie. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 lutego 2011

Wojtek Mazolewski Quintet - premiera płyty "Smells Like Tape Spirit"

Prawdę mówiąc nie spodziewałem się po tym koncercie fajerwerków – oczywiste było, że muzycy zebrani w kwintecie Mazolewskiego potrafią grać i że na pewno będzie to koncert dobry, jednak wiedziałem, że nie uda im się wywinąć mojego mózgu na lewą stronę, tak jak udawało się to Pink Freud. Duży błąd z mojej strony, że na skutek osoby lidera obu grup kwintet postrzegałem przez pryzmat Freudów – oba składy grają zupełnie inną muzę, mają zupełnie inną energię i powinny być traktowane w stu procentach rozdzielnie. W muzyce kwintetu chodzi o coś zupełnie innego niż wywijanie mózgu na lewą stronę. Nie wywinęli – ale spodobali się bardzo.
Na premierę „Smels Like Tape Spirit”, która na skutek opieszałości wydawcy płyty okazała się być prapremierą, przyszło mnóstwo ludzi. Widać było, jak gigantyczną popularnością w trójmieście cieszy się Wojtek i o ile bliżej jego słuchaczom do Żaka niż do Miasta Aniołów – koncert PF na którym byłem kilka miesięcy wcześniej w tym drugim lokalu został frekwencyjnie pobity kilkunastokrotnie. Miło jest widzieć takie tłumy na koncercie jazzowym. Organizatorzy mięli rację walcząc z Wojtkiem o to, aby nie wstawiać do sali krzeseł – dzięki temu po prostu dużo większej ilości ludzi udało się wejść do środka.
W kwintecie Mazolewskiego grają młodzi i znakomici muzycy, czuje się świeżość, energię... cała piątka to duże osobowości, które prawdopodobnie odegrają kilka istotnych epizodów w historii jazzu. Niesamowite zgranie i dynamika, do tego duży wdzięk i pomysłowość... naprawdę słucha się ich z ogromną przyjemnością. Ponadto zespół świetnie bawi się na scenie, czym z łatwością zaraża widownię. Gdy podczas bisów zaczęli schodzić w kierunku reggae i ska miałem ochotę zacząć skakać. Pewnie gdyby zagrali jeszcze ze dwa takie bisy cały Żak by zaczął :)
Znakomity występ, dużo dobrej energii i frekwencyjny sukces – takim oto równoważnikiem zdania owo wydarzenie podsumuję :)

niedziela, 13 lutego 2011

Magic Quartet: Trzaska, Mc Phee, Duval, Rosen; Ucho, Gdynia

Prawdę mówiąc miałem spory dylemat, czy wybrać Magic w Uchu czy Pink Freud w Sfinxie. Najchętniej poszedłbym na oba koncerty, jednak gdybym to zrobił mój portfel zajęczałby tak żałośnie, że do końca miesiąca mógłbym mieć wyrzuty sumienia. Początkowo zdecydowałem się na Pink Freud, jednak powrót zimy sprawił, że decyzję zmieniłem.
Prawdę mówiąc z kwartetu występującego w Uchu kojarzyłem jedynie Trzaskę – wiadomo – filar sceny yassowej, uczestnik projektów takich jak Miłość, NRD, Łoskot, połowa duetu Świetlicki – Trzaska... Człowiek – instytucja po prostu. Już z zapowiedzi P. Dyakowskiego wynikało, że reszta kwartetu to co najmniej ten sam format: Dominic Duval nagrywał m.in. z Cecilem Taylorem, Jay Rosen to jeden z czołowych nowojorskich perkusistów, a Joe Mc Phee jest od kilkudziesięciu lat bardzo aktywny na scenie freejazzowej, występując zarówno jako sideman jak i bandleader. Bezapelacyjnie klasa światowa.
Panowie zagrali bardzo free, bardzo mocno, bardzo odważnie. Technika i muzyczna wyobraźnia wszystkich członków kwartetu powala. Panowie podchodzą do swoich instrumentów w sposób kompletnie niekonwencjonalny, często wzbogacając harmonię dźwiękami totalnie spoza skali. Mc Fee sporadycznie wspomagał się też głosem (w podobny sposób, jaki można czasami usłyszeć u Cecila Taylora). Mc Phee i Trzaska oprócz instrumentów standardowych obsługują też instrumenty bardzo rzadkie – Trzaska klarnet basowy, Mc Phee coś w rodzaju trąbki, ale mniejsze, krótsze... nie mam pojęcia jak się ten instrument nazywa, zresztą Dyakowski również wydawał się nie wiedzieć. Jeśli ktoś wie, co to było – będę wdzięczny za podzielenie się tą wiedzą :) Największe wrażenie podczas występu zrobiła na mnie gra Jaya Rosena – grał nietypowo, bo bez hi - hatu, niesamowicie dynamicznie. Przepysznie żonglował szmerem i hałasem i posiadał nad każdym dźwiękiem władzę absolutną. Co więcej – potrafi (za przeproszeniem) przypierdolić, co mi osobiście jako fanowi wszelkiej muzycznej ekstremy podoba się zawsze. Szkoda trochę, że kontrabas zaczął odmawiać posłuszeństwa Duvalowi, co chyba nieco skróciło występ i wybiło muzyków z rytmu. Duvala na pewno, i trudno się dziwić – właściwie całego drugiego seta spędził próbując ustawić pożądaną wysokość, a instrument notorycznie po kilu dźwiękach spadał na podłogę. Ostatni kawałek zagrał siedząc na krześle barowym, do bisa, poprzedzonego absolutnie niszczącym solem Rosena już nie wyszedł. Współczuję – gdybym był na jego miejscu byłbym przynajmniej tak samo poirytowany.
Obawiałem się trochę, że po koncercie Cinc Trio, na którym byłem kilka dni wcześniej, Magic nie zrobią na mnie większego wrażenia. Kompletnie niesłusznie. Występ był znakomity i nie da się go zapomnieć lub przejść obok niego.

środa, 9 lutego 2011

Cinc Trio: Vandermark, Lytton, Wachsmann; Filharmonia Bałtycka

Czasami muzyka kompletnie wymyka się słowom. Czasami zachwyt koncertem totalnie nie przekłada się na łatwość w recenzowaniu go. Prawdę mówiąc trochę się boję, że podczas pisania recenzji wczorajszego występu Cinc Trio sytuacja będzie podobna, bo to co się tam działo nie mieści się w głowie ani w ramach określonych przez język. Przemilczeć jednak nie sposób – nawet biorąc pod uwagę fakt, że nie zdążyłem się jeszcze po tym koncercie pozbierać i nabrać do niego dystansu, był to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy koncert w moim życiu.
Myślę, że Kena Vandermarka przedstawiać nie trzeba. A jeśli trzeba – niech google zrobi to za mnie :) W Filharmonii Bałtyckiej grał na saksofonie tenorowym i klarnecie. Oprócz Vandermarka Cinc Trio stanowią weterani: Paul Lytton i Philipp Wachsmann. Każdy z nich jest muzykiem obdarzonym niespotykaną wyobraźnią i kreatywnością. Podchodzą do swoich instrumentów w sposób zupełnie wymykający się wszelkim konwencjom – tworzą zupełnie poza kanonem, poza skalą, poza rytmiką. Jednocześnie doskonale kontrolują wszystkie dźwięki budując frazę z ogromną maestrią. Cinc Trio totalnie odrzuca wszelkie ograniczenia. Panowie nie boją się sięgać po dźwięki, jakich nikt inny nie używa i łączyć je według wymyślonych przez siebie reguł, tworząc jakby nową harmonię. Słuchając ich miałem wrażenie, że poruszam się w świecie w którym 2+2 = 6790,23468 – w którą stronę bym się nie obejrzał (nie osłuchał?) trafiałem na kształt nie z tej ziemi, który był tak fascynujący, tak złożony i tak nieprzystający do tego, co widziałem (słyszałem) wcześniej, że tylko potęgował moją ekscytację tą podróżą po nieistniejącym kosmosie... pewnie to co piszę niekoniecznie jest zrozumiałe, ale prawdę mówiąc niewiele mnie to obchodzi :) Mam nadzieję, że mi wybaczycie :) Cinc Trio miażdży jaja i urywa dupę. Amen.

niedziela, 6 lutego 2011

A'freak-an Project; Sopot, Sfinks 700

O tym koncercie dowiedziałem się przypadkiem, obdzwaniając znajomych w poszukiwaniu towarzystwa do wizyty w Charlie Pubie na jam session. Zadzwoniłem mianowicie do saksofonisty z Hańby, a ten stwierdził „Do Charlie nie. Ale choć z nami gdzie indziej”. No to poszedłem.
Na scenie ogromne instrumentarium (cztery saksofony, w tym baryton i w kilku miejscach sopran, bas, perkusja, wibrafon i perkusjonalia) i mnóstwo nazwisk znanych nie tylko w trójmieście: Staroniewicz, Dyakowski, Okey-Ukwu, Herbasz, Bukowski, Mackiewicz... jakby tego było mało zapowiadający zespół przed występem Leszek Możdżer stwierdził, że nie odmówi sobie przyjemności zagrania z nimi i jak powiedział tak zrobił.
Zaczęło się słonecznie, skocznie i dość tanecznie, choć ludzi było tyle, że na taniec nie za bardzo było miejsce. Im dłużej trwał koncert, tym bardziej interesujące i abstrakcyjne krajobrazy mięliśmy okazję zwiedzać. Tyle instrumentów i osobowości na scenie dawało niewyobrażalne wprost bogactwo. Aranżacja utworów na cztery dęciaki jest po prostu mistrzostwem świata. Akordy zbiorowe były przepyszne, fantastyczne solówki, w czym zwłaszcza Staroniewicz celował i ten baryton... uwielbiam ten instrument, w zestawieniu z pozostałymi saksofonistami tworzył niespotykaną wprost przestrzeń. Jak zaznaczył ze sceny Dyakowski w jazz forum płyta A'freak-an Project dostała pięć gwiazdek na pięć możliwych. I gdybym miał oceniać na podstawie tego występu: ocena ta była w 100% zasłużona.

Znajdź więcej wykonawców takich jak Wojciech Staroniewicz w Myspace Muzyka

piątek, 7 stycznia 2011

Koncerty 2010, cz.6, ostatnia.

Proghma – C

Prawdę mówiąc na ten występ czekałem chyba bardziej niż na headlinera tego wieczora, czyli Tides From Nebula. Proghma-C jest moim zdaniem jedną z najbardziej interesujących ciężko grających kapel w tym kraju. Panowie mocno walczą z warstwami brzmieniową i rytmiczną i często rezultaty owej walki powalają - „Kana” i cover „Army of me” Bjork to moim zdaniem numery ocierające się o geniusz, choć cała płyta „Bar-do Travel” jest przepyszna. Proghma-C to kapela, której udała się niełatwa sztuka – z jednej strony udało się im wypracować własny, trudny do podrobienia styl, z drugiej pełnymi garściami czerpią z tradycji (pierwsze skojarzenia, jakie rzucają się na uszy, to Tool i Meshuggah). Pierwszy raz byłem na ich koncercie w Uchu w 2009, na (jakżeby inaczej) X-mass Noise Night, na której to imprezie mięli prawdziwy wypas sprzętowy i wizualny, w malutkiej Papryce już jednak takiego wrażenia na mnie nie zrobili. Koncert był świetny, ale nie zwalił mnie z nóg.



Tides From Nebula

Pierwszy raz widziałem i słyszałem TFN na X-mass Noise Night w 2009, i pomijając Blindead byli wówczas zdecydowanie najjaśniejszym punktem imprezy, w sopockiej Papryce spodziewałem się więc występu przynajmniej równie dobrego jak wtedy. I występ faktycznie, był dobry, tylko niestety niewiele słyszałem. Panowie odkręcili sprzęt dużo mocniej niż supportująca ich Proghma-C, jakby nie zauważyli, w jak małym pomieszczeniu się znajdują. W efekcie do moich uszu docierała jedynie bardzo głośna kaszanka. Za głośna. Mniej więcej w połowie koncertu musiałem zacząć zakrywać uszy, rano miałem kaca, mimo że nic nie piłem. Kolega z którym byłem na koncercie mówił, że zostaliśmy zbombardowani decybelami, bo stanęliśmy w złym miejscu sali, i prawdopodobnie gdzie indziej było słychać lepiej... może tak, może nie. Nie zweryfikowałem tego, więc nie wiem.



Pink Freud

Freudzi to jedna z kapel, od których zacząłem słuchać jazzu. Nieprawdopodobna muzyczna wyobraźnia i odwaga, oraz, że się tak wyrażę „punkowość” spowodowały, że od kiedy znam, to kibicuję :) Cynk o koncercie dostałem od koleżanki, która chwilę wcześniej robiła z Mazolewskim wywiad, w mieście nie było kompletnie żadnych plakatów reklamujących imprezę... Koncert dział się w klubie „Miasto Aniołów” w Gdańsku, który jak do tej pory kojarzyłem głównie z tego, że kiedyś nie wpuszczono mnie tam z moją ówczesną dziewczyną, ponieważ miałem na nogach obuwie sportowe. Odmowie wpuszczenia towarzyszył dochodzący zza drzwi song chyba zespołu Boys, co dało mi podstawy, aby klub ów uznać za totalnie buracki. Cynk okazał się jednak prawdziwy, co było dla mnie solidnym szokiem. Ludzi było jak na lekarstwo, co chyba jest już tradycją jazzowych czwartków w MA, ale koncert zmiażdżył. W pierwszym secie dopiero zaczynali się rozkręcać. Pomiędzy pierwszym i drugim ktoś dostarczył Mazolewskiemu jego bas (wcześniej grał na pożyczonym), wtedy zaskoczyło i pojawił się prawdziwy ogień. Jedna rzecz mocno PF od sceny jazzowej odróżnia: tak jak normalnie jazzu lepiej słucha się w skupieniu, tak wydaje mi się, że ich muzyka byłaby lepsza w odbiorze w ruchu – jest cholernie żywiołowa i energetyczna.



Piotr Lemańczyk Trio

Trio w składzie Piotr Lemańczyk – kontrabas, Maciej Sikała – saksofon, Kazimierz Jonkisz – perkusja. Skład nieprawdopodobnie silny – wszyscy ci panowie to historia polskiego jazzu, dodajmy: historia, która nadal się pisze. Muzycy, którzy podążają ścieżką wskazaną dawno temu przez J. Coltrane'a, których osobowości, warsztat i wyobraźnia są tak gigantyczne, że naprawdę słów brakuje żeby opisać. Band leaderem w tym składzie jest Lemańczyk, grali jednak nie tylko jego kompozycje, każdy z nich ma lub miał też własny band, jest to więc supergrupa. Jonkisz to poeta bębnów, poeta moim zdaniem niedoceniony (może też nie do końca ujawniony z własnej woli), pomiędzy nim a Lemańczykiem aż iskrzy. Sikałę zna chyba każdy, kto choć odrobinę w polskim jazzie siedzi. Generują w trójkę przestrzenie, o których nawet mi się nie śniło. Ludzi znów jak na lekarstwo. Piotr Schmidt ma niestety rację – jazz od długiego już czasu jest muzyką niszową i elitarną, występ Tymona z Możdżerem i Nigela Kennedy na Przystanku Woodstock, ani Pink Freud na Open'erze w Gdyni tego nie zmieni. Może jednak warto byłoby te koncerty w MA rozreklamować nieco lepiej – tam naprawdę grają wielcy zawodnicy.



Pozostałe koncerty 2010:
http://lubiebezkompromisowamuzyke.blogspot.com/2010/12/x-mass-noize-night-vi-throne-hrv-broken.html
http://lubiebezkompromisowamuzyke.blogspot.com/2010/12/niwea-sopot-papryka-1212.html

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Koncerty 2010, cz.5

Konstanty Andrzej Kulka i Capella Gedanensis

K.A.Kulka był chyba autorem największego zaskoczenia jakie ktokolwiek mi w tym roku zaserwował: pojawił się mianowicie w kościele w Helu, akurat tego dnia, w którym wyruszyłem odwiedzić mieszkającą tam rodzinę. Na koncercie muzyki poważnej byłem po raz bodajże drugi w życiu i po raz pierwszy świadomie. Powiem tak: nie jestem i nigdy nie byłem specjalnym fanem perfekcji, uważam że moc muzyki wynika przede wszystkim z tego, że ona mutuje, jeśli natomiast trzymamy się określonego wzorca i odtwarzamy go perfekcyjnie to mutować nie ma szans. Tym niemniej... widzieć w akcji takiego mistrza to przeżycie nieprawdopodobne. Dwa interesujące zbiegi okoliczności: na statku, którym płynąłem na Hel czytałem biografię Paganiniego, akurat miałem okres fascynacji klasyką, głównie Chopinem – bo z tych wszystkich wielkich postaci wydaje mi się najbardziej punkowy i Paganinim właśnie – bo robiłem w tym okresie kolejne podejście do kaprysu 24 na gitarze (tym razem mnie pokonał, ale jeszcze się policzymy). Ląduję na Helu, który zawsze wydawał mi się muzycznym zadupiem, a tu taki koncert... Drugi zbieg okoliczności: kilka dni wcześniej byłem w Starogardzie Gdańskim, na koncercie Gaby Kulki, a więc córki gwiazdy tego wieczoru – koncertu, którego na skutek opieszałości akustyków niestety zobaczyć ani usłyszeć mi się nie udało. Ten świat jednak potrafi być mały.



Armia

Fakt: Budzyński daje o Bogu, którego nie ma, nie przeszkadza to jednak Armii być zespołem bardzo, bardzo silnym. Zwłaszcza na żywo. Uwielbiam ścianę dźwięków, jaką wytwarzają i chyba lubiłbym ten zespół nawet, gdyby byli naziolami (mam nadzieję, że nie muszę zaznaczać, że to był żart, na wszelki wypadek zaznaczam jednak). Na Przystanku Woodstock zagrali tak, jak pan Bóg, którego nie ma, przykazał. Waltornia na tle wyżej wymienionej ściany, cholernie mocny wokal Budzyńskiego... zdecydowanie dobry występ, choć nic specjalnego właściwie. Armia jak Armia.



Amorphous

Zespół Pająka, obecnego gitarzysty Vadera (wcześniej Esquarial), który supportował w Uchu Petera i spółkę. Supportował bardzo sympatycznie, jednak Vader sprawił, że nic mi z tego występu w pamięci nie zostało :) Kawałek solidnego, szatańskiego grania.



Vader

Pierwszy raz widziałem Vadera na Przystanku Woodstock chyba w 2003 i chyba to tamten właśnie występ zapoczątkował proces przechodzenia mojej osoby na ciemną stronę mocy. Koncert w Uchu zbiegł się mniej więcej w czasie z wojną o krzyż pod pałacem prezydenckim i publiczność zamiast skandować „Vader! Vader”, lub ew. „Napierdalać! Napierdalać”, jak podczas występów tej formacji zawsze miała w zwyczaju, skandowała „Gdzie jest krzyż! Gdzie jest krzyż!”. Peter lojalnie przyznał się, że nie wie gdzie i poszło... Vader nie ogląda się na nic, nie bierze jeńców, tylko łoi... każdy fan rozpieprzania głowy za pomocą muzyki musiał być po tym koncie bardziej niż zadowolony. Ja byłem. Jeszcze zanim Nergal podarł biblię i zaczął pojawiać się w tabloidach częste były dyskusje nt. Kto lepszy: Vader czy Behemoth... choć obecnie popularnością Behemoth bije na głowę wszystkie polskie kapele z Feelem włącznie, to jednak ja zdecydowanie wolę Vadera. Podobnie jak zdecydowanie bardziej robi mi Slayer niż Mayhem – może naciągana analogia, ale lubię się nią posługiwać.

niedziela, 2 stycznia 2011

Koncerty 2010, cz.4

John Scofield + Możdżer

Najbardziej swingujący i oldschoolowy skład na Możdżer plus. Scofield niezaprzeczalnie wielkim gitarzystą jest i jakkolwiek niespecjalnie leży mi ani jego mood ani brzmienie (zdecydowanie wolę chociażby John Abercrombie) to jednak obserwowanie w akcji takiego zawodnika walczącego w mojej kategorii było dla mnie zaszczytem i przeżyciem ogromnym :) Tym razem udało mi się nawet przepchnąć w takie miejsce, w którym było dobrze słychać. Niestety znów był to dla mnie ostatni koncert tego wieczora, bo trzeba było ewakuować się do Gdyni. Szkoda, występ Gaby Kulki drugi raz przeleciał mi koło nosa. Może w tym roku uda mi się załapać.


Nigel Kennedy

Moim skromnym zdaniem jeden z najsilniejszych występów na ubiegłorocznym Przystanku Woodstock. Myślę, że Nigel jest postacią na tyle znaną, że nikomu przedstawiać go nie trzeba: wirtuoz skrzypiec z punkową duszą, człowiek o nieprawdopodobnej energii, talencie, który z łatwością odnajduje się w każdym muzycznym wszechświecie, czy gra jazz, czy klasykę, czy muzykę klezmerską, czy za cokolwiek innego się akurat weźmie. Na Woodstocku wystąpił z kwintetem, w którym gra sporo polaków, m.in. pianista Piotr Wyleżoł. Zagrał niełatwy w odbiorze repertuar, jednak zdecydowanie udało mu się znaleźć wspólny język z publicznością, która na pewno była pod wrażeniem znajomości polskiego – piękna scena, jak Nigel ze sceny krzyczy „Pe ka pe! Pe ka pe!”... bezcenne :) Kennedy zdecydowanie jest Hendrixem skrzypiec. Robi z nimi rzeczy, które w głowie się nie mieszczą, używa dzikich technik i efektów... ciężko to opisać. Ale każdemu, kto będzie miał okazję zobaczyć go na żywo zdecydowanie polecam – wielki artysta.


Łąki Łan

Najlepszy koncert na tegorocznym Woodstocku, i chyba też zresztą najlepszy, na jakim na swoich dotychczasowych Woodstockach byłem – ew. Vader mógłby do tego tytułu pretendować. Łąki to jedna z najciekawszych i najbardziej kreatywnych formacji w Polsce. Zarówno ich muzyka jak i występy to kompletne szaleństwo, zdecydowanie nie ma dla nich żadnych świętości. Nie mieszczą się w żadnych kategoriach, nie przejmują się kluczem, wg którego robi się przesiew wśród kandydatów na mejdżersów, przy czym idealnie trafiają w gust mojego pokolenia – pokolenia „mam wyjebane”, które uwielbia upalić się i pobujać do skocznej muzyki. Zrezygnowałem w tym roku ze wszystkich używek, również z trawy i wiecie co? Łąki Łan nadal są świetni :) Końcówka koncertu, podczas której Paprodziad wspina się po stelażu na połowę wysokości sceny i rozrzuca na publiczność sztuczne kwiaty to była kwintesencja pozytywu tego składu. Piękny koncert. Powodzenia w Sony Music Polska, powodzenia wśród mejdżersów. Nie samą Dodą Polska stoi :)


Justyna Steczkowka

Dużo się spodziewałem po tym występie. Załapałem się na próbę i okazało się, że Justyna wystąpi z repertuarem ze swojej pierwszej płyty, która była płytą znakomitą. Znakomitą, choć ciężko powiedzieć, czy powinno się ją zaliczać do dyskografii Steczkowskiej, czy jednak Grzegorza Ciechowskiego, który był tych numerów autorem. Konfrontując ją z późniejszymi dziełami Steczkowskiej – chyba jednak powinniśmy ją zapisać na konto Obywatela GC. Na próbie miałem kilkakrotnie ciarki na plecach. A na scenie... na scenie był po prostu przerost formy nad treścią – balet męski, kostiumowe udziwnienia, etc... ja rozumiem, że wizualna strona występu jest bardzo ważna, ale jednak nie najważniejsza. Słynna już scena, podczas której Justynie spadła wielometrowa spódnica i nie mogła dokończyć występu, dopóki spódnica nie wróciła na jej tyłek mówi o tym chyba najwięcej. Siłę repertuaru z jakim Steczkowska wystąpiła pożarł jej brak dystansu do siebie. Szkoda.


Jelonek

Obrodził nam tegoroczny Woodstock w występy znakomitych i nietuzinkowych skrzypków :) Pierwszą styczność z Jelonkiem miałem jeszcze w czasach, gdy grał Ankh – to była niesamowita kapela. Chyba niewielu ludzi wie, że metalowa wersja 24 kaprysu Paganiniego pochodzi właśnie z tamtych czasów. Bardzo lubię muzykę Jelonka, ma fajny pomysł na siebie. Skrzypek w roli frontmana w kapeli metalowej to jego patent i tego mu nikt nie odbierze – już w Ankh decydował o charakterze kapeli, jednak tu gra – nomen omen – pierwsze skrzypce. Występ stanowiący podsumowanie całego Woodstocku – ogromna moc, genialny odbiór – Woodstockowa publiczność uwielbia Jelonka, przepływ energii pomiędzy kapelą a publicznością był nieprawdopodobny. Koncert dział się w nocy, z prawej strony sceny fireshow, pod sceną kocioł, zespół Jelonka rozrzucający wśród publiki nadmuchiwane jelonki :) Było super.


Orphan Hate

Przed występem ludzie domagali się „napierdalania”. Ja również – bardzo liczyłem na to, że wreszcie dostanę na tym Woodstocku po uszach. Czego jak czego, ale konkretnej miazgi na tej imprezie zabrakło. Owsiak reklamował OH jako właśnie miazgi konkretnej ambasadorów, ale kurcze... no słabiutkie to było. Mógłbym z miejsca rzucić 4-5 nazw kapel z samego 3-miasta, które OH wciągają nosem.


Tymański Polish Brass Ensemble i Leszek Możdżer

Byłem mocno na ten koncert napalony, bo po pierwsze: słyszałem Tymona z nowym składem w Gdańsku na koncercie gwałtów na Chopinie i była nieprawdopodobna moc, po drugie: jestem wielkim fanem Miłości, i jak usłyszałem, że Tymon z Możdżerem po tylu latach pojawią się na jednej scenie, to byłem bliski ejakulacji. Owsiak mówił ze sceny, że to projekt zrobiony specjalnie na Woodstock, a to nie do końca była prawda. Część tych aranżacji, choć bez Możdżera, zespół Tymona zagrał w maju w Gdańsku, więc na pewno nie robili tego repertuaru od zera z myślą tylko o tej jednej imprezie. Zresztą później wystąpili też z tymi samymi numerami w Londynie. Panowie pokazali trochę yassowego chuligaństwa, polecieli Chopina swingiem, polecieli free... muzycznie to było bardzo mocne i bardzo – jak to Możdżer ujął „chuligańskie”. Niezaprzeczalnie fajne. Szkoda, że publiczność nie zakumała, ale... i tak super, że tak mocno rozpieprzająca schematy muzyka pojawiła się na tak masowej imprezie. Dobrze dla muzycznego ekumenizmu, którego jestem zwolennikiem i staram się być rzecznikiem.

sobota, 1 stycznia 2011

Koncerty 2010, cz.3

Marcus Miller + Możdżer

Zanim przejdę do samego występu Marcusa – kilka słów o koncercie Możdżer Plus – wydarzenie było ogromne, dobrze nagłośnione i niestety średnio zorganizowane. Przynajmniej z perspektywy widza. Zarzut pierwszy – liczba ludzi, którzy się na Targu Węglowym pojawiła była ogromna, wydaje mi się, że dość solidnie przekroczyła spodziewane przez organizatorów 15.000. Panował niesamowity ścisk – skojarzenia z tym, co działo się w Duisburgu na ostatniej Love Parade nasuwały się same. Trzy sceny zajęły zdecydowaną większość Targu Węglowego, dla ludzi miejsca zostało niewiele. Były one ponadto ustawione ewidentnie z zamiarem osiągnięcia efektu wizualnego, na pewno nie akustycznego – było potworne echo, momentami wydawało się, że grają dwie kapele w kanonie. Mocno mnie to drażniło, tam gdzie stałem echo potwornie zniekształcało dźwięk, a do środka zdecydowanie nie miałem ochoty się pchać.
Marcus Miller to gigant gitary basowej, przez wielu uważany za najmocniejszego zawodnika w tej kategorii na świecie (osobiście stawiałbym wyżej Victora Wootena). Obserwować takiego mistrza w akcji to prawdziwa uczta. Na jego koncercie byłem po raz pierwszy w życiu i wielka szkoda, że na skutek akustyki nie słyszałem go takim, jakim był zagrany. Zespół Marcusa dał porcje konkretnego funku, który świetnie bujał. Nie będę rozpisywał się na temat umiejętności Millera, bo te są wszystkim doskonale znane – jeśli komuś nie są, to sugerowałbym wpisanie jego nazwiska w youtube i zapoznanie się z tym panem. I to czym prędzej.


Motion Trio + Możdżer

Motion Trio zdobyli spory rozgłos dzięki nowemu podejściu do akordeonu, zespół jest na pewno interesujący, nie kręci mnie jednak jakoś bardziej. Składa się z trzech grających na wspomnianych już instrumentach, wykorzystujących je w dość nietypowy sposób, np. jako instrumenty perkusyjne. Fajnie to brzmiało, ale zupełnie nie trafiło w mój gust. Interesująca ciekawostka.


Możdżer, Danielsson, Fresco

Akurat tej twarzy Możdżera nie jestem fanem – w porównaniu z tym, co robił w Miłości trio z Fresco i Danielssonem brzmi na mój gust jak muzyka do kotleta. Przyjemna, owszem, ale do kotleta jednak. Również ich wersja „Smells Like Teen Spirit”, mocno lansowana i popularna, nie przekonuje mnie. Moim zdaniem panowie wykastrowali ten numer. Pink Freud pokazali, że można grać Nirvanę na jazzowo z jajem. Temu Trio jednak się to nie udało.

piątek, 31 grudnia 2010

Koncerty 2010, cz.2

Novika

Pierwszy koncert Cudawianki Festiwalu 2010. Zespół Noviki gra sympatyczną, energetyczną muzykę która naprawdę miło buja. Bardzo fajny początek lata, jednak jeśli mam być szczery – prawdopodobnie podarowałbym sobie ten koncert, gdyby nie był za darmo. Gorąco polecam fanom Smolika, Moloko i podobnych klimatów, jednocześnie zaznaczam, że sam się do nich raczej nie zaliczam. Przy okazji: duży plus za scenografię Cudawianków.


Jimi Tenor & Kabu Kabu

Nie miałem pojęcia czego się po tym koncercie spodziewać – o Jimmy'm Tenorze wiedziałem wcześniej tyle, że istnieje i że przenosi na grunt muzyki ideę popartu. Nigdy nie sprawdzałem dokładniej twórczości tego artysty. Poszedłem więc w ciemno, bo było za darmo i... byłem zachwycony. Najlepszym opisem tego występu będzie zdanie, którym Jimmy podsumował pierwszy kawałek: „That was me, and I say yes!”. JT jest scenicznym zwierzęciem, utwory jakie grał z tym składem były totalnie pozytywne, im dłużej trwał koncert – tym bardziej porywały. Również samego Jimmy'ego, który na scenie zachowuje się trochę jak Hendrix – często ucieka melodii, grając free na tym, co akurat ma w ręku. Genialne przesłanie - „Love is the only god” (refren jednego z kawałków) - realizuje na scenie nie oglądając się na nic. Znakomity koncert.


Morcheeba

Byłem może na dwóch kawałkach, z tego względu, że po pierwsze – nie miałem ochoty wracać do domu na piechotę i trzeba było złapać autobus powrotny i po drugie – nie jestem specjalnym fanem Morcheeby. Zbyt wiele więc na temat tego występu powiedzieć nie jestem w stanie, jednak jedno mogę na pewno: klimat był świetny. Dało się poczuć, jak fajnym miastem jest Gdynia.


Tymański Polish Brass Ensemble

Tą grupę grającą utwory Chopina widziałem w 2010 dwukrotnie, raz na Targu Węglowym i raz na Przystanku Woodstock z Możdżerem. Występ w Gdańsku podobał mi się zdecydowanie bardziej, mimo że zagrali tylko dwa numery. Wielki szacunek dla włodarzy Gdańska, że odważyli się na realizację tak ambitnego przedsięwzięcia jak Gdańsk Cool Tour Chopin na środku miasta. Zespół Tymona zagrał z towarzyszeniem gdańskiej orkiestry. Zrobili totalny melanż – płynnie przechodzili od Chopina granego z partytur przez orkiestrę, przez Chopina swingującego do grania free. Genialny koncert. I cieszę się na maksa, że Tymon wrócił do kontrabasu. Szanuję i lubię jego piosenkową twórczość, ale to jego yassowa wersja miażdży.


Rh+

Pierwszy z poważnych zespołów na Gdańsk Cool Tour Chopin. Ostry, potężny d'n'b, haczący o breakcore, jungle... ależ to brzmiało pięknie na postawionych na Targu Węglowym przodach!! Zwłaszcza występ Soyalee mnie rozpieprzył. Przy okazji – Soyalee 22.01 ma grać w Gdańsku w GGOG – u. Chyba się wybiorę.
SOYALEE - UNKNOWN SATANBEJS GIG @ SFINKS 2008 by SOYALEE

Biff

W Starogadzie Gdańskim działo się minionego lata dużo ciekawych koncertów, niestety dotarłem tylko na jeden – na Biffa właśnie. Po Biffie grała Gaba Kulka, niestety na jej występ nie doczekałem – akustycy strasznie długo walczyli ze sprzętem, wyglądało to tak, jakby ktoś kto podłączał kable nie pamiętał, który mikrofon jest podpięty pod który kanał miksera. Gigantyczny obciach – pieprzyli się z tym chyba ze dwie godziny. Non stop spoglądałem na zegarek, który bezlitośnie obwieszczał mi zbliżanie się odjazdu ostatniego autobusu dającego mi możliwość powrotu do Gdyni o znośnej porze. Szlag mnie trafiał. Zobaczyłem większość koncertu Biffa, nie zobaczyłem Gaby – szkoda. Biff to bardzo fajna kapela, a Ania Brachaczek jest moim zdaniem jedną z najciekawszych wokalistek w tym kraju. Jak pokazał romans z Acid Drinkers – chyba ciekawszą, niż jej macierzysta formacja. Koncert sympatyczny, kolorowy. W dużej mierze udało mu się zmniejszyć moją rządzę zabijania wywołaną przez obsługę techniczną.


PS: Relacje z koncertów nie są ułożone chronologicznie. Głównie z powodu mojego lenistwa.

czwartek, 30 grudnia 2010

X-mass Noize Night VI: The Throne, HRV, Broken Betty, Blindead; 27.12.2010, Ucho, Gdynia

Tegoroczna X-mass Noize Night była trzecią imprezą z tej serii, w której miałem przyjemność uczestniczyć. I – o ile nadal będzie organizowana, a ja nadal będę mieszkał w trójmieście – na pewno nie będzie ostatnią. Pięknie jest kończyć rok taką sztuką.

The Throne

W niektórych środowiskach spóźnienie się na występ kapeli, która gra jako pierwsza, należy do dobrego tonu, bo przecież skoro pierwsza to do dupy. Wielokrotnie już zdążyłem się przekonać o idiotyczności takich obyczajów i The Throne zdecydowanie ową idiotyczność potwierdzili – dali bardzo silny koncert. Mocno kojarzą mi się z The Ocean: kompozycje które jeżdżą po głowie jak walec, ciekawe, przestrzenne brzmienie (trzy gitary), bardzo zacny, agresywny wokal. Na minus – kawałki trochę mało zróżnicowane. Tym niemniej – kapela podobała mi się bardzo i będę obserwował, co się z nimi będzie działo dalej. Kto występ The Throne sobie odpuścił – niech żałuje.

Znajdź więcej wykonawców takich jak THE THRONE w Myspace Muzyka


HRV

Na ten występ, pomijając Blindead, czekałem chyba najbardziej. Jestem kibicem muzycznego ekumenizmu – uwielbiam obserwować, jak klimaty industrialne, ambientowe i transowe przenikają się z ciężkim graniem, jestem też kibicem Hervy'ego, który w dużej mierze decyduje o wyjątkowości Blindead. Obok Hervy'ego na scenie pojawił się Kuman – pałker z Proghma-C, więc spodziewałem się czegoś wyjątkowego. Czy było wyjątkowe? Prawdę mówiąc chyba średnio – były momenty, w którym HRV wgniatał w ziemię, ale były też takie, w których robiło się trochę nudno. Na żywo i z prawdziwymi garami moc tej muzyki jest dużo większa, niż gdy się jej słucha w domu, jednak zmiażdżony nie zostałem. Poza tym – publika chyba nie do końca skleiła o co chodzi. Wyglądała trochę podobnie do woodstockowiczów podczas koncertu Tymona z Możdżerem.

Znajdź więcej wykonawców takich jak HRV w Myspace Muzyka


Broken Betty

Koncert, który porządnie rozruszał Ucho, a mnie jakoś nie. BB grają skocznego, biesiadnego rocka, mają fajną energię, którą potrafią zarazić publiczność i świetnego (w sensie – bardzo sprawnego) wokalistę, ale jak dla mnie - nie jest to nic specjalnego. Zagrali skocznie i biesiadnie, tak jak mięli. Wg mnie – najmniej interesujący występ na X-mass, choć oddać BB muszę, że udało im się rozbujać publikę przed występem Blindead, więc swoje zasługi dla mojego zachwytu całym koncertem mają.

Znajdź więcej wykonawców takich jak Broken Betty w Myspace Muzyka


Blindead

Był to trzeci występ tego zespołu, na którym miałem okazję być – poprzednie dwa odbyły się na poprzednich dwóch X-mass Noize Night. Blindead jest kapelą, która cały czas poszukuje, próbuje zupełnie nowych rzeczy, a to sprawia, że niezmiennie jest kapelą bardzo interesującą. Mam wrażenie, że coraz większą rolę w B odgrywa HRV – elektronika i wycieczki industrialno – ambientowe stają się coraz ważniejszym elementem ich muzyki. Nowy repertuar jest też bardziej progresywny, więcej jest grania spokojnego, melodyjnego, choć oczywiście cały czas B ma nieziemski ciężar. Oprawa audiowizualna w coraz mniejszym stopniu jest tłem dla ich muzyki, a coraz bardziej przestrzenią na której B się realizują , integralnym elementem dzieła, bez którego dzieło nie byłoby kompletne.
Jestem wielkim fanem albumu „Autoscopia. Murder in phazes” i jeśli mam być szczery – uważam że tamtego albumu nie udało im się przeskoczyć. Nowy materiał, jakkolwiek zawiera więcej eksperymentów, poszukiwań, smaczków, to jednak nie jest tak spójny jak „Autoscopia”, nie ma tamtej mocy. W porównaniu z „Impulse”, również eksperymentalną i zróżnicowaną – jara mnie jednak dużo bardziej. Wygląda na to, że w tą właśnie stronę B postanowili iść, w tym kierunku się rozwijać. Następna płyta może okazać się lepsza niż „Autoscopia”. Czego serdecznie życzę sobie, zespołowi i światu.

Znajdź więcej wykonawców takich jak BLINDEAD w Myspace Muzyka

sobota, 25 grudnia 2010

Koncerty 2010, cz.1

Mijający rok 2010 był zdecydowanie rokiem najbardziej obfitym w koncerty, w których miałem przyjemność uczestniczyć biernie, w całym moim dotychczasowym życiu. Każdy z tych występów zasługuje na kilka słów. Oto pierwsza część koncertowego podsumowania 2010 r.

Władysław Komendarek.

Legenda polskiej muzyki elektronicznej. Człowiek, który na scenie występuje sam, a robi takie zamieszanie, jakby było go tam przynajmniej 10 :). Występ bardzo dopracowany zarówno muzycznie jak i wizualnie. Komendarek genialnie stopniował napięcie, zaczynając od syntetyzatorowych świergotów w stylu dawnego Jarre'a, stopniowo atakując w sposób coraz bardziej nowoczesny, ostrzejszy, energetyczny. Byłem pod ogromnym wrażeniem. Jeden minus – w Uchu na okoliczność koncertu Komendarka postawiono krzesła, a tej muzyki zdecydowanie nie powinno się słuchać na siedząco. Jest bardzo żywiołowa, często taneczna. Z drugiej strony – ludzi przyszło tak mało, że gdyby nie to, klub mógłby wydawać się pusty. I to mogłoby stanowić jeszcze większy minus.


Weatherstorm

Młodziutki zespół bodajże z Gdyni, nie wiem nawet czy jeszcze grają – od tamtego występu nigdzie nie widziałem plakatu z ich występu. Koncert sympatyczny, grali z jajem, pasją, całkiem, jak na tak młodych chłopaków solidnie, choć prochu nie wymyślili – zespół jakich setki. Na minus – cover „YYZ” Rush, który zagrali na bis, zupełnie im nie wyszedł.


Anthrax

Pierwsza kobyła, z którą w mijającym roku miałem styczność – spośród ikon trashmetalu które spotkały się na warszawskim Sonisphere Anthrax jest kapelą najmniej trash i najbardziej heavy. Nigdy nie byłem wielkim fanem ani tego zespołu, ani takiego grania, koncert również nie rzucił mnie na łopatki, podczas ich występu myślałem już o Slayerze.



Megadeth

Kobyła druga, podobnie jak w przypadku Anhrax – zespół, który nigdy jakoś mocniej do mnie nie przemówił. Na plus Megadeth – kapela ma znakomitych gitarzystów. Jeśli chodzi o solówki – było na co popatrzeć i czego posłuchać. Podobnie jak wszyscy – padli ofiarą dźwiękowego handicapu zastosowanego, aby - nie daj Boże – żadna kapela nie wypadła lepiej od Metallici. Przez cały występ były problemy z mikrofonem Mustaine'a, momentami w ogóle nie było go słychać. Śmieszna sytuacja: po występie Mustaine stwierdził, że jesteśmy (my, widzowie) piękni i że Bóg nas kocha. Po nich zagrał Slayer. Miałem nadzieję, że zaczną od „Disciple” i padną słowa „God hates us all!!!!!!”.


Slayer

Bezapelacyjnie najlepszy koncert, na jakim byłem – tak w mijającym roku, jak w życiu. Slayer w klasycznym składzie – z Dave'm Lombardo na perkusji to siła, jakiej nie zatrzyma żadna armia. Zaczęło się od – a jakże – problemów z nagłośnieniem. Przez pierwsze dwa kawałki nie było słychać gitar, więc nie było spodziewanej chłosty od początku, jakiej się spodziewałem. Metallice jednak pomogło to niewiele – w moim odczuciu nawet gorzej nagłośniony Slayer z dodatkowym handicapem w postaci słońca świecącego ludziom w oczy podczas ich występu wciąga ich nosem bez wysiłku. Byłem w życiu na niejednym koncercie grindcore'owym czy deathmetalowym i słowo daję – żadna z tych kapel nawet w połowie nie zbliżyła się do mocy, z jaką gra Slayer. Kulminacyjnym momentem występu było dla mnie krótkie solo Lombardo, podczas którego zdarłem sobie gardło tak, że potem przez dwa dni chrypiałem. Piękny występ. W kwietniu Slayer w towarzystwie Megadeth ponownie zawita do Polski, tym razem do Łodzi. Już zaczynam kombinować jak się tam pojawić, zwłaszcza, że tym razem Metallici nie będzie, więc jest nadzieja na dłuższego seta i porządne brzmienie.



Metallica

Metallica to kawał historii. Przede wszystkim oni odpowiadają za wyciągnięcie muzyki metalowej na światło dzienne i chociażby z tego tytułu należy im się szacunek. Mnie osobiście jednak dawno już przestała grzać – chyba po prostu wszędzie jest ich za dużo. W tym konkretnym występie nie podobało mi się kilka rzeczy – po pierwsze: hipokryzja. Hettfield ze sceny mocno lizał pośladki kolegów z kapel, które występowały przed nim (patrz scena po „Fade to black” bodajże, kiedy kamera robi zbliżenie prawej ręki Hettfielda, a ten odwraca kostkę w jej stronę i oczom naszym ukazują się logo „wielkiej czwórki” - publiczność oczywiście bije brawo, ja się tylko klepnąłem w czoło), jednak wszyscy oprócz Metallicy mięli spieprzone nagłośnienie, dużo mniej czasu na występ i rażące publiczność słońce za plecami. Przypadkiem zupełnie. Dalej – nie podobały mi się fajerwerki – po cholerę to komu? To ma być Metallica czy Lady Gaga? Przyszedłem na koncert czy na tanie show? Na plus występu: sporo kawałków z „Kill'em all”, moim zdaniem najlepszej ich płyty.

środa, 15 grudnia 2010

Niwea - Sopot, Papryka, 12.12

O Niwea nie jest łatwo pisać, pewnie m.in. z tego powodu pisze się o nich niewiele. W Papryce miałem przyjemność widzieć ich po raz pierwszy i właściwie nie do końca wiedziałem, czego można się po nich spodziewać.
Występ Niwea nie był po prostu koncertem – oprawa parateatralna jest tu integralną częścią całości. Ta relacja więc nie może być po prostu relacją. Nie będę oceniał, bo było to coś na tyle wyjątkowego – przynajmniej w świetle występów, jakich odbiorcą zdarzyło mi się być do tej pory w życiu – że z braku materiału porównawczemu ocenianiu podlegać nie może. Nie będę ze szczegółami i chronologicznie opisywał, co Szczęsny i Bąkowski w trakcie występu robili, bo to miało moim zdaniem wartość tylko w ich wykonaniu i przy użyciu środków, jakich używali.
Przyszło mało ludzi, i dobrze – klimat był nieziemski. Występ był krótki – plus minus 40 min. i też dobrze – stanowił zamkniętą całość (były dwa bisy, ale chyba właśnie tyle miało ich być). Nie było improwizacji (a przynajmniej nie zauważyłem), był hicior „Miły młody człowiek”, w którym udało się zaangażować publiczność – też pewnie element wcześniej przetestowany na innych publicznościach. I był tekst, który zniszczył – Bąkowski przed drugim bisem „A teraz zagramy piosenkę, która w sensie metaforycznym odnosi się do wszystkiego w ogóle”. Zaiste piękne podsumowanie, choć chyba nie wszyscy zebrani zrozumieli żart.