Dawno nic nie napisałem na potrzeby tego bloga... cóż, przewidywałem że tak może być – wraz ze zwiększeniem aktywności muzycznej kurczy mi się niestety czas na inne rzeczy. Zdecydowanie doba jest zbyt krótka żeby zrealizować wszystkie swoje plany... a może długość doby jest w porządku, tylko praca na cały etat pożera zbyt dużą jej część. Gdyby udało się mi się uczynić swoją pasję swoją pracą – byłbym szczęśliwym człowiekiem. Z drugiej strony – jestem o tyle szczęśliwy, że mam cel do którego dążę i który mnie napędza. Osiągnąwszy ten cel musiałbym zdefiniować swoją drogę życiową na nowo, a przez to rzadko kiedy przechodzi się bezboleśnie.
W przyszły piątek po prawie półtora roku przerwy wrócę na scenę w nowej dla mnie roli perkusjonalisty. Cieszę się jak diabli – bardzo lubię grać samemu dla siebie, jednak różnica pomiędzy graniem dla siebie i koncertem jest mniej więcej taka sama jak pomiędzy masturbacją a seksem. Blisko półtora roku postu to zdecydowanie za dużo.
Na chwilę obecną udzielam się w dwóch kapelach – w Plebanii na bębnach (bębnach, nie perkusji) i na gitarze w kapeli, o której nazwę trwają walki wewnętrzne i która jest na etapie zgrywania repertuaru (w końcowym stadium tego etapu, więc prawdopodobnie też niedługo z tym projektem wyjdziemy z sali prób). Czyli znów jestem aktywnym muzykiem.
Co z tego wynika dla tego bloga? Na pewno zmniejszenie częstotliwości wpisów, choć może nie tak drastyczne jak miało to miejsce w przeciągu ostatnich dwóch tygodni. Zmieni się też w pewnym stopniu jego charakter – dorzucę kategorię „koncerty czynnie”, której istoty chyba się domyślacie. Zastanawiałem się przez jakiś czas, czy w ogóle jako czynny muzyk powinienem bawić się w pisanie o muzyce. Grabaż w „Gościu” stwierdził, że ludzie którzy sami grają nie powinni bawić się w ocenianiu twórczości kolegów i muszę przyznać, że miał tu sporo racji... jednak lubię to na tyle, że przynajmniej na razie nie zamierzam sobie tej przyjemności odmawiać. Zrezygnuję jednak z wygłaszania opinii niepochlebnych – będę pisał o rzeczach, które mi się podobają, a o tych, które nie – będę milczał.
Mam nadzieję, że tych kilkanaście osób, które tu zaglądają nadal będą miały przyjemność z czytania moich tekstów i że nadal będę miał przyjemność z pisania ich.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inne. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 13 marca 2011
sobota, 19 lutego 2011
Rewolucja trwa
Zacząłem dzisiejszy dzień od obejrzenia pierwszej części „Historii polskiego rocka” kręconej dla TVP. Obejrzałem część pierwszą, potem drugą, potem trzecią... kompletnie wsiąkłem. Niby jest to opowieść, którą już wcześniej przyswoiłem za pośrednictwem innych filmów, prasy nad i podziemnej, wywiadów z jej uczestnikami, czy też dzięki własnym, bieżącym obserwacjom, jednak i tak oglądam ten materiał z wypiekami na twarzy. Uwielbiam kompendia wiedzy, przedsięwzięcia, które stawiają sobie za cel zebranie w jednym miejscu całej dostępnej wiedzy na dane zagadnienie. Takie kompendia bardzo ułatwiają wnioskowanie od szczegółu do ogółu, od skali mikro do skali makro. I właśnie jednym z takich wniosków chciałem się podzielić.
Od kiedy pamiętam zawsze dużo mówiło się o śmierci tego lub innego gatunku muzyki. Opiniotwórcze środowiska non stop uśmiercały rocka i/lub punkrocka. Punk miał się skończyć, bo po obaleniu komunizmu podobno nie było się już przeciwko czemu buntować. Rock miał się skończyć, bo po Hendrixie, Black Sabbath i Led Zeppelin podobno nie wymyślono już niczego innego i cała późniejsza muzyka rockowa miała być jedynie kopią powyższych. Potem w ogóle muzyka zaangażowana miała umrzeć na skutek rosnącej w ogromnym tempie popularności techno i dance.
Nie wiem z czego to wynika, ale ludzie cholernie lubią uogólnienia i stwierdzenia kategoryczne. Pewnie łatwiej im (nam) się funkcjonuje, mają (mamy) dzięki temu wygodne przeświadczenie o tym, że wiemy o co chodzi. Tymczasem na tym świecie jednoznacznych sytuacji prawie nie ma, zwłaszcza w życiu społeczno – kulturalnym. A co do życia artystycznego – niejednoznaczność jest wręcz artyzmu synonimem.
Sporo ludzi twierdzi, że wraz z ostatnim festiwalem w Jarocinie w latach 80-tych skończyła się kontrkultura. Skoro się skończyła, to zastanawiam się jakim cudem ja, urodzony w 1983 załapałem się na nią, co więcej – na jakąś tam śmieszną, lokalną skalę współtworzyłem. Jarocina, w takiej formie w jakiej istniał wtedy już nie ma, jest jednak Przystanek Woodstock, który wydaje mi się bardzo mocno nawiązywać do tamtej tradycji. Ferment cały czas się dzieje i ja cały czas w nim uczestniczę – choć nikt nas nie pałuje nadal jest o co walczyć. Muzyka zaangażowana nadal jest nośnikiem społecznego wkurwienia i manifestacją buntu. Głupoty opowiadam? A podarcie biblii przez Nergala w Uchu i późniejszy proces o obrazę uczuć religijnych to niby co to było? Dokładnie to samo: walka z dotychczasowym sposobem myślenia, próby wprowadzenia zmian, atak na dotychczasowy porządek. Owszem: policja nikogo na przystanku Woodstock nie bije. Ale nadal próbuje się zamykać artystom (zresztą nie tylko artystom) usta. Kontrkultura wciąż się manifestuje, chyba nawet częściej niż kiedyś, o co bohaterowie pierwszych części wspomnianego przeze mnie dokumentu stoczyli bohaterską walkę. Rewolucja trwa i ma się dobrze. Ot wniosek w skali makro, którym chciałem się podzielić.
Od kiedy pamiętam zawsze dużo mówiło się o śmierci tego lub innego gatunku muzyki. Opiniotwórcze środowiska non stop uśmiercały rocka i/lub punkrocka. Punk miał się skończyć, bo po obaleniu komunizmu podobno nie było się już przeciwko czemu buntować. Rock miał się skończyć, bo po Hendrixie, Black Sabbath i Led Zeppelin podobno nie wymyślono już niczego innego i cała późniejsza muzyka rockowa miała być jedynie kopią powyższych. Potem w ogóle muzyka zaangażowana miała umrzeć na skutek rosnącej w ogromnym tempie popularności techno i dance.
Nie wiem z czego to wynika, ale ludzie cholernie lubią uogólnienia i stwierdzenia kategoryczne. Pewnie łatwiej im (nam) się funkcjonuje, mają (mamy) dzięki temu wygodne przeświadczenie o tym, że wiemy o co chodzi. Tymczasem na tym świecie jednoznacznych sytuacji prawie nie ma, zwłaszcza w życiu społeczno – kulturalnym. A co do życia artystycznego – niejednoznaczność jest wręcz artyzmu synonimem.
Sporo ludzi twierdzi, że wraz z ostatnim festiwalem w Jarocinie w latach 80-tych skończyła się kontrkultura. Skoro się skończyła, to zastanawiam się jakim cudem ja, urodzony w 1983 załapałem się na nią, co więcej – na jakąś tam śmieszną, lokalną skalę współtworzyłem. Jarocina, w takiej formie w jakiej istniał wtedy już nie ma, jest jednak Przystanek Woodstock, który wydaje mi się bardzo mocno nawiązywać do tamtej tradycji. Ferment cały czas się dzieje i ja cały czas w nim uczestniczę – choć nikt nas nie pałuje nadal jest o co walczyć. Muzyka zaangażowana nadal jest nośnikiem społecznego wkurwienia i manifestacją buntu. Głupoty opowiadam? A podarcie biblii przez Nergala w Uchu i późniejszy proces o obrazę uczuć religijnych to niby co to było? Dokładnie to samo: walka z dotychczasowym sposobem myślenia, próby wprowadzenia zmian, atak na dotychczasowy porządek. Owszem: policja nikogo na przystanku Woodstock nie bije. Ale nadal próbuje się zamykać artystom (zresztą nie tylko artystom) usta. Kontrkultura wciąż się manifestuje, chyba nawet częściej niż kiedyś, o co bohaterowie pierwszych części wspomnianego przeze mnie dokumentu stoczyli bohaterską walkę. Rewolucja trwa i ma się dobrze. Ot wniosek w skali makro, którym chciałem się podzielić.
środa, 16 lutego 2011
Trójmiasto
Ostatnio w ciągu tygodnia miałem okazję za naprawdę niewielkie pieniądze być na trzech koncertach muzyków z absolutnej czołówki sceny jazzowej, i to czołówki nie tylko krajowej, ale również światowej. Co mam na myśli mówiąc o niewielkich pieniądzach: w sumie na trzy bilety wydałem 80 zł. Co mam na myśli mówiąc o czołówce krajowej i światowej: A'freak-an project w składzie: Staroniewicz, Dyakowki, Bukowski, Herbasz, Wojtczak, Mackiewicz, Czerwiński, Okey – Ugwu, i gościnnie Możdżer; Cinc Trio w składzie: Vandermark, Lytton, Wachsmann; Maqic Quartet w składzie: Rosen, Duval, Mc Phee, Trzaska. Z braku kasy i ochoty na wycieczki na mrozie odpuściłem sobie koncert Pink Freud, który również grał w tym czasie w Sfinksie 700 w Sopocie, i który również bezapelacyjnie do czołówki sceny się zalicza. W związku z tym Postanowiłem oddać hołd miejscu mojego zamieszkania i powyższych koncertów: Trójmiastu.
Mieszkam w Trójmieście od półtora roku: trochę w Gdyni, trochę w Gdańsku. Wcześniej większość życia spędziłem na głębokiej prowincji, więc mój zachwyt tutejszym życiem kulturalnym może w dużej mierze wynikać z kontrastu – tam takiego życia w ogóle nie było, chyba żeśmy w pijanym zwidzie zaczęli je sami na jakąś śmiesznie małą skalę organizować, więc trudno, żeby nie podobało mi się w trójmieście, jednak... myślę, że mam całkiem realne powody do zachwytu.
Zacznijmy od gratisów: było ich sporo, jednak wymienię te najważniejsze dla mnie. Po pierwsze: koncert gwałtu na Chopinie na targu węglowym w Gdańsku, w wykonaniu m.in. Tymon & Polish Brass Ensemble, Rh+ i OSTRego. Po drugie: Cudawianki Festival na plaży w Gdyni, na którym wystąpili m.in. Morcheeba i Jimi Tenor & Kabu Kabu. Po trzecie: Możdżer Plus znów na Targu Węglowym – oprócz Możdżera m.in. Marcus Miller, John Scofield... Myślę, że nieczęsto się zdarza, aby miasto, chcąc zapewnić darmową rozrywkę swoim mieszkańcom, sięgało po muzykę tak ambitną. Poprawcie mnie, jeśli się mylę.
Oprócz gratisów są jeszcze imprezy płatne, ale moim skromnym zdaniem – niskopłatne. Prężnie działa gdyńskie Ucho – w ostatnich miesiącach byłem tam chociażby na Vaderze, Magic Trio czy kolejnej edycji X-mass noise... a to kropla w morzu. Bo w Uchu dzieje się dużo, dużo więcej. Coraz ostrzej atakuje też Sopot: co chwila coś ciekawego dzieje się w Papryce – a to Tides From Nebula i Proghma-c, a to Nivea, a to Igor Falecki... w najbliższym czasie wybieram się do Papryki na koncert zespołu Gówno. Również reaktywowany Sfinks coraz bardziej się rozkręca: ostatnio A'freak-an Project i Pink Freud. W Gdańsku nieco słabiej, ale Gdańsk ma filharmonię, w której byłem na Cinc trio. Ciekawe rzeczy zaczęły dziać się w Mieście Aniołów – co czwartek są tam bardzo mocne koncerty jazzowe. Byłem tam na trio Piotra Lemańczyka i Pink Freud. Miejsce kojarzy się raczej buracko, koncerty są jednak świetne, a sam lokal ma znakomitą akustykę.
Wreszcie scena w Trójmieście jest przebogata w znakomitych artystów. Mamy Pink Freud, Tymona, Możdżera i sporo wciąż aktywnych weteranów sceny yassowej, która jakkolwiek wytraciła już impet z okresu najaktywniejszej działalności wydaje się wciąż po cichu siać ferment w muzyce. Zawsze też mocno trzyma się trójmiejskie ciężkie granie: Blindead i Proghma-c robią coraz większą karierę, tak w kraju, jak i za granicą. Wróciło wejherowskie Tehace, jest nieprawdopodobne Fulcrum – moim zdaniem jedna z najbardziej niedocenianych kapel w tym kraju.
Naprawdę mając p***dolca na puncie muzyki znakomicie czuję się w Trójmieście. Tyle.
Mieszkam w Trójmieście od półtora roku: trochę w Gdyni, trochę w Gdańsku. Wcześniej większość życia spędziłem na głębokiej prowincji, więc mój zachwyt tutejszym życiem kulturalnym może w dużej mierze wynikać z kontrastu – tam takiego życia w ogóle nie było, chyba żeśmy w pijanym zwidzie zaczęli je sami na jakąś śmiesznie małą skalę organizować, więc trudno, żeby nie podobało mi się w trójmieście, jednak... myślę, że mam całkiem realne powody do zachwytu.
Zacznijmy od gratisów: było ich sporo, jednak wymienię te najważniejsze dla mnie. Po pierwsze: koncert gwałtu na Chopinie na targu węglowym w Gdańsku, w wykonaniu m.in. Tymon & Polish Brass Ensemble, Rh+ i OSTRego. Po drugie: Cudawianki Festival na plaży w Gdyni, na którym wystąpili m.in. Morcheeba i Jimi Tenor & Kabu Kabu. Po trzecie: Możdżer Plus znów na Targu Węglowym – oprócz Możdżera m.in. Marcus Miller, John Scofield... Myślę, że nieczęsto się zdarza, aby miasto, chcąc zapewnić darmową rozrywkę swoim mieszkańcom, sięgało po muzykę tak ambitną. Poprawcie mnie, jeśli się mylę.
Oprócz gratisów są jeszcze imprezy płatne, ale moim skromnym zdaniem – niskopłatne. Prężnie działa gdyńskie Ucho – w ostatnich miesiącach byłem tam chociażby na Vaderze, Magic Trio czy kolejnej edycji X-mass noise... a to kropla w morzu. Bo w Uchu dzieje się dużo, dużo więcej. Coraz ostrzej atakuje też Sopot: co chwila coś ciekawego dzieje się w Papryce – a to Tides From Nebula i Proghma-c, a to Nivea, a to Igor Falecki... w najbliższym czasie wybieram się do Papryki na koncert zespołu Gówno. Również reaktywowany Sfinks coraz bardziej się rozkręca: ostatnio A'freak-an Project i Pink Freud. W Gdańsku nieco słabiej, ale Gdańsk ma filharmonię, w której byłem na Cinc trio. Ciekawe rzeczy zaczęły dziać się w Mieście Aniołów – co czwartek są tam bardzo mocne koncerty jazzowe. Byłem tam na trio Piotra Lemańczyka i Pink Freud. Miejsce kojarzy się raczej buracko, koncerty są jednak świetne, a sam lokal ma znakomitą akustykę.
Wreszcie scena w Trójmieście jest przebogata w znakomitych artystów. Mamy Pink Freud, Tymona, Możdżera i sporo wciąż aktywnych weteranów sceny yassowej, która jakkolwiek wytraciła już impet z okresu najaktywniejszej działalności wydaje się wciąż po cichu siać ferment w muzyce. Zawsze też mocno trzyma się trójmiejskie ciężkie granie: Blindead i Proghma-c robią coraz większą karierę, tak w kraju, jak i za granicą. Wróciło wejherowskie Tehace, jest nieprawdopodobne Fulcrum – moim zdaniem jedna z najbardziej niedocenianych kapel w tym kraju.
Naprawdę mając p***dolca na puncie muzyki znakomicie czuję się w Trójmieście. Tyle.
poniedziałek, 14 lutego 2011
Free jazz
Free jazz to zgiełk. Wrzask. Chaos. Totalne zaprzeczenie wszelkiej dźwiękowej estetyce, oddanie kału na praktycznie całą muzyczną kulturę. Kto normalny może słuchać Brotzmanna? Kto normalny wysiedzi na koncercie Cecila Taylora? Oczywiście nikt normalny. Całe szczęście, że normalni ludzie są mitem i nie przypominam sobie, żeby zdarzyło mi się takiego kogoś spotkać.
Uwielbiam free jazz. Uwielbiam Coltrane'a, wspomnianych wcześniej Taylora i Brotzmana, uwielbiam Erica Dolphy, Vandermarka, wszystkich wywodzących się ze sceny yassowej wymiataczy – Mazolewskiego, Tymona, Trzaskę... Możdżera też, ale jego jakoś mniej. Chyba dlatego że zmiękł. Uwielbiam hałas. Uwielbiam dźwięki które rozsadzają głowę. Miałem w życiu okresy totalnej fascynacji grindcorem, deathmetalem, breakcorem, słowem wszystkim, czego „nie da się słuchać”. Fascynacja zresztą trwa nadal, choć okres jej totalności minął.
Uwielbiam free jazz za jaja. Za to, że nie cofa się przed niczym. Za to że nikomu ani niczemu nie pozwala się krępować i zawsze robi dokładnie to co chce. Również za to, że wie czego chce. Wszyscy wymienieni wcześniej artyści są do bólu świadomi tego co grają. Sporo ludzi uważa to pewnie za dobry żart i cóż – mają prawo. Ale moim zdaniem bardzo dużo tracą. Ta muzyka naprawdę warta jest wysiłku, jaki trzeba włożyć w zrozumienie jej.
Uwielbiam free jazz. Uwielbiam Coltrane'a, wspomnianych wcześniej Taylora i Brotzmana, uwielbiam Erica Dolphy, Vandermarka, wszystkich wywodzących się ze sceny yassowej wymiataczy – Mazolewskiego, Tymona, Trzaskę... Możdżera też, ale jego jakoś mniej. Chyba dlatego że zmiękł. Uwielbiam hałas. Uwielbiam dźwięki które rozsadzają głowę. Miałem w życiu okresy totalnej fascynacji grindcorem, deathmetalem, breakcorem, słowem wszystkim, czego „nie da się słuchać”. Fascynacja zresztą trwa nadal, choć okres jej totalności minął.
Uwielbiam free jazz za jaja. Za to, że nie cofa się przed niczym. Za to że nikomu ani niczemu nie pozwala się krępować i zawsze robi dokładnie to co chce. Również za to, że wie czego chce. Wszyscy wymienieni wcześniej artyści są do bólu świadomi tego co grają. Sporo ludzi uważa to pewnie za dobry żart i cóż – mają prawo. Ale moim zdaniem bardzo dużo tracą. Ta muzyka naprawdę warta jest wysiłku, jaki trzeba włożyć w zrozumienie jej.
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Koniec monopoli
W swoim stosunkowo krótkim życiu zdarzyło mi się przeżyć epokę grunge'u, disco polo, techno i hip-hopu. Każdy z wymienionych gatunków miał okres, w którym dominował niepodzielnie. Reprezentujący je artyści sprzedawali największe nakłady płyt, mięli najwięcej ludzi na koncertach i najwięcej miejsca w mediach (wyjąwszy przedstawicieli popu, których jest w mediach zawsze tyle samo, niezależnie od tego, co by się akurat w muzyce nie działo). Ostatni był hip-hop. Pamiętam taką sytuację, sprzed mniej więcej pięciu – sześciu lat: lekko usmażeni siedzieliśmy z kolegą raperem na kanapie i dyskutowaliśmy o przyszłości muzyki. Byliśmy zgodni co do tego, że zbliża się kres dominacji hip-hopu i zastanawialiśmy się, co będzie dalej. Kolega raper uważał, że nadejdzie epoka reggae. Ja natomiast – że to koniec jednogatunkowych monopoli, że w dobie stale rozwijającego się internetu trafi je szlag. Okazało się, że miałem rację.
Żyjemy w świecie, w którym podziały pomiędzy odbiorcami różnych gatunków muzyki zacierają się. Metale chodzą na drumy, dyskomani na Open Era i znakomicie bawią się przy Placebo. Ortodoksyjni przedstawiciele subkultur są przeważnie zapici i śmieszni, nikt ich nie słucha, czują się fajni tylko we własnym gronie. Fani różnych gatunków muzyki przyjaźnią się, łączą w pary, sprzedają sobie nawzajem własne upodobania, akceptują je i rozszerzają swoje horyzonty.
Dotyczy to nie tylko odbiorców, ale również samych artystów. Jungle'owy dj Aaron Spectre bierze gitarę i występując jako Drumcorps robi deathmetal, który nawet ortodoksom urywa dupy. Mateusz Śmierzchalski, wcześniej udzielający się w Behemoth jako Havoc kolaboruje w Blindead z Hervym, którego domeną jest muzyka elektroniczna – podobnie jak w przypadku Drumcorps efekt przyprawia o opad szczęki. Szlag trafił monopole. Szlag trafił podziały.
Bezapelacyjnie podoba mi się ten stan rzeczy. Podoba się, bo stymuluje rozwój muzyki. Im większy przepływ informacji i twórczej energii pomiędzy artystami, tym więcej otrzymujemy interesującej i nie rażącej wtórnością sztuki.
Żyjemy w świecie, w którym podziały pomiędzy odbiorcami różnych gatunków muzyki zacierają się. Metale chodzą na drumy, dyskomani na Open Era i znakomicie bawią się przy Placebo. Ortodoksyjni przedstawiciele subkultur są przeważnie zapici i śmieszni, nikt ich nie słucha, czują się fajni tylko we własnym gronie. Fani różnych gatunków muzyki przyjaźnią się, łączą w pary, sprzedają sobie nawzajem własne upodobania, akceptują je i rozszerzają swoje horyzonty.
Dotyczy to nie tylko odbiorców, ale również samych artystów. Jungle'owy dj Aaron Spectre bierze gitarę i występując jako Drumcorps robi deathmetal, który nawet ortodoksom urywa dupy. Mateusz Śmierzchalski, wcześniej udzielający się w Behemoth jako Havoc kolaboruje w Blindead z Hervym, którego domeną jest muzyka elektroniczna – podobnie jak w przypadku Drumcorps efekt przyprawia o opad szczęki. Szlag trafił monopole. Szlag trafił podziały.
Bezapelacyjnie podoba mi się ten stan rzeczy. Podoba się, bo stymuluje rozwój muzyki. Im większy przepływ informacji i twórczej energii pomiędzy artystami, tym więcej otrzymujemy interesującej i nie rażącej wtórnością sztuki.
sobota, 29 stycznia 2011
Niech sobie grają.
Koleżanka napisała na facebooku „Mam nadzieję, że zespół Hurts skończy się równie szybko, jak Ich Troje.” Jako przyczynę takowej nadziei wskazała obecność w/w zespołu na ustach „wszystkich”, powszechny zachwyt i zaproszenie na tegorocznego OpenEra, które to atrybuty drażnią ją potężnie w zestawieniu z prezentowanym przez zespół Hurts poziomem.
Z nazwą Hurts przy okazji tego postu spotkałem się pierwszy raz w życiu. Pozwoliłem sobie ów zespół sprawdzić i faktycznie muszę przyznać, że nie powala. Nie o tym jednak chcę w tym miejscu napisać. Uważam się za osobę dość mocno muzyką zainteresowaną, od biedy nawet mógłbym stwierdzić, że dość dobrze w temacie muzyki zorientowaną. Lubię grzebać i szperać, robię to często, z przyjemnością i zaangażowaniem. Robię to na tyle sprawnie, że jestem w stanie bez większych problemów zaspokoić swoją potrzebę nowych dźwięków. A jednak: zespół Hurts jakoś mi umknął i gdyby nie wspomniany wyżej post na fb nie miałbym o istnieniu takiej kapeli pojęcia. Podobnie, jak nie wiedziałbym o istnieniu Justina Beibera, gdyby nie demotywatory.pl (co zresztą nie tylko mnie, jak się okazuje, dotyczy).
Ładnych parę lat już po tym świecie chodzę, ładnych parę lat słucham muzyki i doskonale wiem, gdzie przyłożyć ucho, aby usłyszeć coś interesującego. Wiem też, gdzie nie przykładać, aby mojego ucha nie ochlapano gównem. Uważam, że każdy ma prawo słuchać i zachwycać się czym chce, nawet jeśli jest to dalece rozbieżne z moim gustem. Ja natomiast mam prawo nie słuchać – ani rozbieżnej z moim gustem muzyki, ani zachwytów na jej temat. Mam prawo nie czytać dziennikarzy muzycznych czy blogerów, mających inny gust niż ja. Mam takie prawo i skwapliwie z niego korzystam. Osobom, które denerwują powszechne zachwyty, radzę to samo. Po co psuć sobie nerwy?
Chyba ten link już się na łamach tego bloga pojawił, jednak jest tak znakomitą ilustracją powyższego tekstu, że nie mogłem sobie podarować umieszczenia go :)
Z nazwą Hurts przy okazji tego postu spotkałem się pierwszy raz w życiu. Pozwoliłem sobie ów zespół sprawdzić i faktycznie muszę przyznać, że nie powala. Nie o tym jednak chcę w tym miejscu napisać. Uważam się za osobę dość mocno muzyką zainteresowaną, od biedy nawet mógłbym stwierdzić, że dość dobrze w temacie muzyki zorientowaną. Lubię grzebać i szperać, robię to często, z przyjemnością i zaangażowaniem. Robię to na tyle sprawnie, że jestem w stanie bez większych problemów zaspokoić swoją potrzebę nowych dźwięków. A jednak: zespół Hurts jakoś mi umknął i gdyby nie wspomniany wyżej post na fb nie miałbym o istnieniu takiej kapeli pojęcia. Podobnie, jak nie wiedziałbym o istnieniu Justina Beibera, gdyby nie demotywatory.pl (co zresztą nie tylko mnie, jak się okazuje, dotyczy).
Ładnych parę lat już po tym świecie chodzę, ładnych parę lat słucham muzyki i doskonale wiem, gdzie przyłożyć ucho, aby usłyszeć coś interesującego. Wiem też, gdzie nie przykładać, aby mojego ucha nie ochlapano gównem. Uważam, że każdy ma prawo słuchać i zachwycać się czym chce, nawet jeśli jest to dalece rozbieżne z moim gustem. Ja natomiast mam prawo nie słuchać – ani rozbieżnej z moim gustem muzyki, ani zachwytów na jej temat. Mam prawo nie czytać dziennikarzy muzycznych czy blogerów, mających inny gust niż ja. Mam takie prawo i skwapliwie z niego korzystam. Osobom, które denerwują powszechne zachwyty, radzę to samo. Po co psuć sobie nerwy?
Chyba ten link już się na łamach tego bloga pojawił, jednak jest tak znakomitą ilustracją powyższego tekstu, że nie mogłem sobie podarować umieszczenia go :)
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Nie można
Scena pierwsza:
Rozmowa dwóch hipotetycznych słuchaczy muzyki.
-Słucham sporo jazzu.
-A który okres Milesa lubisz najbardziej?
-Jakiego Milesa?
-Davisa, a jakiego? Nie można słuchać jazzu i nie znać Milesa.
Scena druga:
Próba hipotetycznego zespołu:
-Stary, nie możesz tego tak zagrać.
-Niby czemu?
-Bo to jest standard. Nie możesz zagrać tu molowej solówki, bo ona tu nie pasuje. Każdy, kto się zna na muzyce, powie ci to samo. Usłyszy coś takiego i już nie będzie bił brawa.
Dwie powyższe scenki niech będą punktem wyjścia dla dzisiejszego kazania.
Jednym z najważniejszych powodów, dla których kocham muzykę jest wolność. Wolność, jakiej w normalnym życiu niestety doświadczyć właściwie się nie da: żeby żyć - trzeba jeść. Żeby jeść – trzeba zarabiać. Żeby zarabiać – trzeba się naginać, wyjąwszy może pewne, nieliczne przypadki, do których się w żadnym wypadku nie zaliczam. To jest moja twierdza, mój azyl, tutaj mogę być naprawdę sobą.
Nic mnie tak nie drażni, jak próby nakładania ograniczeń na przestrzeń, która moim zdaniem powinna być od ograniczeń wolna i w której z tego właśnie powodu pragnę przebywać jak najwięcej. Nic mnie tak nie drażni, jak ktoś, kto mi mówi, że czegoś w muzyce nie można. W moim rozumieniu tej dziedziny zwrot „nie można” po prostu się nie mieści i próby stosowania tego zwrotu wobec niej odbieram jako zamach na nią. A dziedzina owa jest dla mnie hmm... święta (1). Pewnie jestem trochę na tym punkcie zboczony, pewnie niepotrzebnie tak się bulwersuję. Każdy ma prawo myśleć o muzyce co chce, również co innego niż ja. Ale jeśli ktoś zamierza mi powiedzieć, że czegoś w muzyce nie można, niech zdaje sobie sprawę, że słowa te w moim przypadku odniosą skutek dokładnie odwrotny do zamierzonego.
(1) Słowo „święta” chyba najlepiej oddaje, co miałem na myśli. Nie oddaje jednak w 100%, bo nie wierzę w żadne świętości.
Rozmowa dwóch hipotetycznych słuchaczy muzyki.
-Słucham sporo jazzu.
-A który okres Milesa lubisz najbardziej?
-Jakiego Milesa?
-Davisa, a jakiego? Nie można słuchać jazzu i nie znać Milesa.
Scena druga:
Próba hipotetycznego zespołu:
-Stary, nie możesz tego tak zagrać.
-Niby czemu?
-Bo to jest standard. Nie możesz zagrać tu molowej solówki, bo ona tu nie pasuje. Każdy, kto się zna na muzyce, powie ci to samo. Usłyszy coś takiego i już nie będzie bił brawa.
Dwie powyższe scenki niech będą punktem wyjścia dla dzisiejszego kazania.
Jednym z najważniejszych powodów, dla których kocham muzykę jest wolność. Wolność, jakiej w normalnym życiu niestety doświadczyć właściwie się nie da: żeby żyć - trzeba jeść. Żeby jeść – trzeba zarabiać. Żeby zarabiać – trzeba się naginać, wyjąwszy może pewne, nieliczne przypadki, do których się w żadnym wypadku nie zaliczam. To jest moja twierdza, mój azyl, tutaj mogę być naprawdę sobą.
Nic mnie tak nie drażni, jak próby nakładania ograniczeń na przestrzeń, która moim zdaniem powinna być od ograniczeń wolna i w której z tego właśnie powodu pragnę przebywać jak najwięcej. Nic mnie tak nie drażni, jak ktoś, kto mi mówi, że czegoś w muzyce nie można. W moim rozumieniu tej dziedziny zwrot „nie można” po prostu się nie mieści i próby stosowania tego zwrotu wobec niej odbieram jako zamach na nią. A dziedzina owa jest dla mnie hmm... święta (1). Pewnie jestem trochę na tym punkcie zboczony, pewnie niepotrzebnie tak się bulwersuję. Każdy ma prawo myśleć o muzyce co chce, również co innego niż ja. Ale jeśli ktoś zamierza mi powiedzieć, że czegoś w muzyce nie można, niech zdaje sobie sprawę, że słowa te w moim przypadku odniosą skutek dokładnie odwrotny do zamierzonego.
(1) Słowo „święta” chyba najlepiej oddaje, co miałem na myśli. Nie oddaje jednak w 100%, bo nie wierzę w żadne świętości.
sobota, 22 stycznia 2011
Czy internet zabija muzykę?
Przemysł płytowy pada na pysk. Myślę, że to proste stwierdzenie nie podlega dyskusji – a jeśli ktoś dyskutować mimo wszystko zamierza, to proponuję sprawdzić, ile egzemplarzy trzeba sprzedać aby otrzymać złotą płytę dzisiaj, a ile trzeba był sprzedać 5, 10, czy 15 lat temu. Gorsza sprzedaż płyt to również niższe zarobki artystów, więc teoretycznie rzecz biorąc dogorywanie przemysłu muzycznego powinno oznaczać również dogorywanie muzyki w ogóle. Teoretycznie.
Praktycznie internet, który fonografię zżera, okazuje się służyć rozwojowi muzyki. Podobnie zresztą, jak służy rozwojowi praktycznie każdej dziedziny ludzkiej działalności która opiera się na wymianie informacji... czyli właściwie w ogóle każdej dziedziny działalności ludzkiej. Oczywiście słychać tu i tam krzyki, że jest odwrotnie, jednak dam sobie głowę uciąć, że nawet w chwili wynalezienia koła ktoś próbował udowodnić, że sprowadzi ono na ludzkość zagładę.
Co internet robi dla muzyki? Po pierwsze: pozwala zaistnieć artystom interesującym nie tylko z punktu widzenia rynku. To, cytując klasyka, „oczywista oczywistość”, że priorytetem dla firm płytowych nie było to, aby płyta była dobra, ale aby się sprzedała. Mnóstwo, jeśli nie większość mainstreamowych wykonawców przebija się do masowej świadomości na zasadzie, że „ciemny lód to kupi” (cytując innego klasyka). W efekcie media jak jeden mąż raczą nas gównem, które smakuje tylko tym, którym jest obojętne co jedzą. Projekty interesujące, wnoszące coś nowego, posiadające wartość kulturalną (która absolutnie z wartością rynkową tożsama nie jest) bardzo często rozpieprzały się o szklany sufit. Dziś kapela, która chce zaistnieć, nie jest skazana na łaskę wytwórni – może promować się przez internet i bardzo często wypromować jej się udaje. Uważam, że to największa z zasług nowego medium.
Dalej: internet maksymalnie ułatwia artystom, fanom i osobom które działają na scenie w inny sposób (organizują koncerty, wynajmują sale prób, etc.) komunikowanie się. Dużo łatwiej znaleźć kogoś, kto zagra koncert w zastępstwie, sam koncert również znacznie łatwiej nagłośnić. Łatwiej dotrzeć do środowisk opiniotwórczych, łatwiej współpracować. Komunikacja wydaje się być dla rozwoju sceny muzycznej bardziej istotna, niż ilość pieniędzy, które do niej spływają. Takie mam wrażenie – mimo że sprzedaż płyt spada, to dzieje się więcej niż kiedykolwiek się działo.
I kwestia dziania się właśnie: sprzedaż płyt spada, więc muzycy chcąc nie chcąc muszą szukać dochodów gdzie indziej. W efekcie od ładnych paru lat obserwujemy stały wzrost liczby interesujących koncertów. Artyści chcąc zarabiać muszą jeździć i grać. Gdy miałem lat naście w życiu nie spodziewałbym się, że w jednym roku uda mi się zobaczyć Metallicę, Slayera, Megadeth, Anthrax, Marcusa Millera, Johna Scofielda, Nigela Kennedy, Morcheebę... i że większość tych koncertów będzie darmowa. Wygląda na to, że ta tendencja będzie się utrzymywać. I cieszy mnie to cholernie.
A że kończy się pewna epoka... cóż, to naturalna kolej rzeczy. Myślę, że zmian nie ma się co bać. Przynajmniej, dopóki nie pracuje się w firmie płytowej.
Ajja - Psychogenica PromoMix 2 by ajja
Praktycznie internet, który fonografię zżera, okazuje się służyć rozwojowi muzyki. Podobnie zresztą, jak służy rozwojowi praktycznie każdej dziedziny ludzkiej działalności która opiera się na wymianie informacji... czyli właściwie w ogóle każdej dziedziny działalności ludzkiej. Oczywiście słychać tu i tam krzyki, że jest odwrotnie, jednak dam sobie głowę uciąć, że nawet w chwili wynalezienia koła ktoś próbował udowodnić, że sprowadzi ono na ludzkość zagładę.
Co internet robi dla muzyki? Po pierwsze: pozwala zaistnieć artystom interesującym nie tylko z punktu widzenia rynku. To, cytując klasyka, „oczywista oczywistość”, że priorytetem dla firm płytowych nie było to, aby płyta była dobra, ale aby się sprzedała. Mnóstwo, jeśli nie większość mainstreamowych wykonawców przebija się do masowej świadomości na zasadzie, że „ciemny lód to kupi” (cytując innego klasyka). W efekcie media jak jeden mąż raczą nas gównem, które smakuje tylko tym, którym jest obojętne co jedzą. Projekty interesujące, wnoszące coś nowego, posiadające wartość kulturalną (która absolutnie z wartością rynkową tożsama nie jest) bardzo często rozpieprzały się o szklany sufit. Dziś kapela, która chce zaistnieć, nie jest skazana na łaskę wytwórni – może promować się przez internet i bardzo często wypromować jej się udaje. Uważam, że to największa z zasług nowego medium.
Dalej: internet maksymalnie ułatwia artystom, fanom i osobom które działają na scenie w inny sposób (organizują koncerty, wynajmują sale prób, etc.) komunikowanie się. Dużo łatwiej znaleźć kogoś, kto zagra koncert w zastępstwie, sam koncert również znacznie łatwiej nagłośnić. Łatwiej dotrzeć do środowisk opiniotwórczych, łatwiej współpracować. Komunikacja wydaje się być dla rozwoju sceny muzycznej bardziej istotna, niż ilość pieniędzy, które do niej spływają. Takie mam wrażenie – mimo że sprzedaż płyt spada, to dzieje się więcej niż kiedykolwiek się działo.
I kwestia dziania się właśnie: sprzedaż płyt spada, więc muzycy chcąc nie chcąc muszą szukać dochodów gdzie indziej. W efekcie od ładnych paru lat obserwujemy stały wzrost liczby interesujących koncertów. Artyści chcąc zarabiać muszą jeździć i grać. Gdy miałem lat naście w życiu nie spodziewałbym się, że w jednym roku uda mi się zobaczyć Metallicę, Slayera, Megadeth, Anthrax, Marcusa Millera, Johna Scofielda, Nigela Kennedy, Morcheebę... i że większość tych koncertów będzie darmowa. Wygląda na to, że ta tendencja będzie się utrzymywać. I cieszy mnie to cholernie.
A że kończy się pewna epoka... cóż, to naturalna kolej rzeczy. Myślę, że zmian nie ma się co bać. Przynajmniej, dopóki nie pracuje się w firmie płytowej.
Ajja - Psychogenica PromoMix 2 by ajja
sobota, 15 stycznia 2011
Piosenki
Piosenki to byty złożone. Zarówno warstwa tekstowa jak i dźwiękowo mogą istnieć niezależnie, przeważnie też niezależnie powstają. Zdarza się jednak tak, że egzystując osobno owe dwa składniki zupełnie nie potrafią się obronić, a mimo to występując razem potrafią zmiażdżyć.
Kiedyś słuchałem mnóstwo piosenek, zdarzało mi się też takowe pisać. Dziś słucham ich zdecydowanie mniej. Przypuszczam, że jest to charakterystyczne dla jakiegoś wieku. Piosenki, których wówczas się słucha, pomagają nam się określić, budować naszą tożsamość, odnaleźć grupy ludzi z którymi zaczynamy się identyfikować... później chyba już nie jest nam to aż tak potrzebne. Owszem, cały czas zdarza się, że dostanę po uszach piosenką słyszaną po raz pierwszy i leżę na łopatkach, jednak zdarza się to ekstremalnie rzadko. Znacznie częściej zdarza mi się usłyszeć jakąś piosenkę z czasów młodości i odkryć w nich nowy sens, lub ważne zdanie, którego ważności kiedyś nie dostrzegałem. Co to są za piosenki? Pidżamy Porno, Myslovitz, Kazika w różnych odsłonach, Świetlików... Często też zdarza się, że zwala mnie z nóg kawałek WWO lub Paktofoniki, których w czasach swojej nastoletniości nie tylko nie doceniałem, ale wręcz nie zauważałem, jednak hip hop to nie piosenkarstwo – myślę, że napiszę o tym kiedy indziej.
Są takie piosenki, które znam na pamięć, które podśpiewuję idąc ulicą i mijając obcych sobie ludzi. Chyba każdy takie ma. Są dla mnie niesamowicie ważne. Tak jakby we mnie wrosły, zaczęły stanowić części składowe mojej osoby. Nie wyobrażam sobie siebie bez nich.
Kiedyś słuchałem mnóstwo piosenek, zdarzało mi się też takowe pisać. Dziś słucham ich zdecydowanie mniej. Przypuszczam, że jest to charakterystyczne dla jakiegoś wieku. Piosenki, których wówczas się słucha, pomagają nam się określić, budować naszą tożsamość, odnaleźć grupy ludzi z którymi zaczynamy się identyfikować... później chyba już nie jest nam to aż tak potrzebne. Owszem, cały czas zdarza się, że dostanę po uszach piosenką słyszaną po raz pierwszy i leżę na łopatkach, jednak zdarza się to ekstremalnie rzadko. Znacznie częściej zdarza mi się usłyszeć jakąś piosenkę z czasów młodości i odkryć w nich nowy sens, lub ważne zdanie, którego ważności kiedyś nie dostrzegałem. Co to są za piosenki? Pidżamy Porno, Myslovitz, Kazika w różnych odsłonach, Świetlików... Często też zdarza się, że zwala mnie z nóg kawałek WWO lub Paktofoniki, których w czasach swojej nastoletniości nie tylko nie doceniałem, ale wręcz nie zauważałem, jednak hip hop to nie piosenkarstwo – myślę, że napiszę o tym kiedy indziej.
Są takie piosenki, które znam na pamięć, które podśpiewuję idąc ulicą i mijając obcych sobie ludzi. Chyba każdy takie ma. Są dla mnie niesamowicie ważne. Tak jakby we mnie wrosły, zaczęły stanowić części składowe mojej osoby. Nie wyobrażam sobie siebie bez nich.
piątek, 14 stycznia 2011
Rytm
Pierwsze, co rzuca się w uszy po niecałym jeszcze tygodniu nauki gry na darbuce (nawet nie wiem, czy ten wyraz powinno się odmieniać) to to, że nie jest to specjalnie trudny instrument. Darbuka stanowi zupełnie inny kosmos niż djembe – jedyny bęben, z którym miałem wcześniej większą styczność. Jednak mając wyczucie rytmu i dostęp do pełnego dobrych rad internetu – można go bardzo szybko opanować, przynajmniej w stopniu podstawowym.
Tak jak matematyka nazywana jest często królową nauk, ponieważ de facto od chwili swojego powstania stanowi ich kręgosłup, tak instrumenty perkusyjne stanowią kręgosłup muzyki. Grając na bębnach, nieważne – pałkami, rękoma, czy czymkolwiek innym – znajdujemy się blisko esencji i źródła muzyki w ogóle. A może i czegoś więcej. Wszystko wokół nas okazuje się mieć rytm – rytmicznie krążą i obracają się ciała niebieskie, rytmicznie oddychamy, rytmicznie biją nasze serca, rytmicznie kopulujemy... przykłady można by mnożyć praktycznie w nieskończoność. Rytmy zazębiają się, łamią, współgrają, tworzą skomplikowane struktury... tak samo jak w muzyce. Muzyka jako metafora rzeczywistości. Rytm jako trafne odwzorowanie cyklów rządzących rzeczywistością. Trafne, nie mistyczne. Nie użyję słowa „mistyczne”, bo w żaden mistycyzm nie wierzę.
Tak jak matematyka nazywana jest często królową nauk, ponieważ de facto od chwili swojego powstania stanowi ich kręgosłup, tak instrumenty perkusyjne stanowią kręgosłup muzyki. Grając na bębnach, nieważne – pałkami, rękoma, czy czymkolwiek innym – znajdujemy się blisko esencji i źródła muzyki w ogóle. A może i czegoś więcej. Wszystko wokół nas okazuje się mieć rytm – rytmicznie krążą i obracają się ciała niebieskie, rytmicznie oddychamy, rytmicznie biją nasze serca, rytmicznie kopulujemy... przykłady można by mnożyć praktycznie w nieskończoność. Rytmy zazębiają się, łamią, współgrają, tworzą skomplikowane struktury... tak samo jak w muzyce. Muzyka jako metafora rzeczywistości. Rytm jako trafne odwzorowanie cyklów rządzących rzeczywistością. Trafne, nie mistyczne. Nie użyję słowa „mistyczne”, bo w żaden mistycyzm nie wierzę.
środa, 12 stycznia 2011
Idą zmiany.
Prawdą jest, że życie pisze najlepsze scenariusze. Dostałem propozycję dołączenia do dość znanego, zwłaszcza na tzw. scenie niezależnej (nazwa umowna – nie wierzę w istnienie takiego bytu) zespołu. Co ciekawe nie mam w tym zespole grać na gitarze, która zdecydowanie jest moim głównym instrumentem, tylko na instrumentach perkusyjnych, których nigdy nie traktowałem poważnie i z którymi miałem mniej więcej półtoraroczną rozłąkę. Kapela, która zaproponowała mi współpracę pochodzi z mojego rodzinnego miasta, zagrałem z różnymi składami kilkanaście lub kilkadziesiąt koncertów w ich towarzystwie. Grają tam ludzie sporo starsi i bardziej doświadczeni, ode mnie, zarówno muzycznie jak i życiowo – gdy zaczynali, miałem lat 10 i słuchałem Michaela Jacksona.
Nie mógłbym odmówić. Zawsze marzyłem o tym, żeby grać jak najwięcej koncertów w najróżniejszych miejscach. Trochę zazdrościłem, że im się to udawało. Zazdrościłem, ale jednocześnie widziałem, ile trzeba mieć jaj żeby to osiągnąć, jak bardzo trzeba tego chcieć i wierzyć w siebie... we wszystkich składach w jakich grałem (a było ich naprawdę niemało) razem wziętych nie uzbierałaby się nawet jedna czwarta tej ilości wiary we własną muzykę jaką oni mają. Podziwiałem to. Nadal podziwiam.
Pierwsze, co zrobiłem to zaopatrzyłem się w darbukę, pewnie z czasem dorzucę sobie jeszcze inne bębny – chciałbym porządną djembę, frame drum, może konga... wielkim marzeniem jest hang drum... nie, marzeniem nie. Bardziej celem.
Mam 1,5 miesiąca, aby ogarnąć 15 kawałków na instrumencie, który mam od 3 dni. Nie powiem, zadanie dość ambitne, nawet biorąc pod uwagę niewielką złożoność materiału, który mam przygotować. Nie rezygnuję oczywiście z kapeli, w której gram na gitarze, bo tam muzycznie realizuję się dużo bardziej, jednak przynajmniej na razie gitara będzie musiała zejść na drugie miejsce.
Po co piszę to wszystko? Żeby się wytłumaczyć. Z tego, że najprawdopodobniej nieco zmieni się charakter tego bloga. Jako muzyk bardziej czynny większość koncertów będę oglądał ze sceny i zamierzam o tym pisać, bo uważam, że będzie to interesujące. Pewnie też przyznam się do tego, jak się nazywam i jak nazywają się kapelę w których gram :) Ten blog stanie się więc w znacznie większym stopniu moim pamiętnikiem. Oczywiście nie zamierzam zrezygnować z pozycji pisania o muzyce z perspektywy słuchacza, bo po co? Lubię to przecież. Zmienić, na niekorzyść, może się też częstotliwość umieszczania na blogu wpisów. Postaram się, aby do tego nie doszło, jednak uprzedzam lojalnie, że taka ewentualność istnieje.
Nie mógłbym odmówić. Zawsze marzyłem o tym, żeby grać jak najwięcej koncertów w najróżniejszych miejscach. Trochę zazdrościłem, że im się to udawało. Zazdrościłem, ale jednocześnie widziałem, ile trzeba mieć jaj żeby to osiągnąć, jak bardzo trzeba tego chcieć i wierzyć w siebie... we wszystkich składach w jakich grałem (a było ich naprawdę niemało) razem wziętych nie uzbierałaby się nawet jedna czwarta tej ilości wiary we własną muzykę jaką oni mają. Podziwiałem to. Nadal podziwiam.
Pierwsze, co zrobiłem to zaopatrzyłem się w darbukę, pewnie z czasem dorzucę sobie jeszcze inne bębny – chciałbym porządną djembę, frame drum, może konga... wielkim marzeniem jest hang drum... nie, marzeniem nie. Bardziej celem.
Mam 1,5 miesiąca, aby ogarnąć 15 kawałków na instrumencie, który mam od 3 dni. Nie powiem, zadanie dość ambitne, nawet biorąc pod uwagę niewielką złożoność materiału, który mam przygotować. Nie rezygnuję oczywiście z kapeli, w której gram na gitarze, bo tam muzycznie realizuję się dużo bardziej, jednak przynajmniej na razie gitara będzie musiała zejść na drugie miejsce.
Po co piszę to wszystko? Żeby się wytłumaczyć. Z tego, że najprawdopodobniej nieco zmieni się charakter tego bloga. Jako muzyk bardziej czynny większość koncertów będę oglądał ze sceny i zamierzam o tym pisać, bo uważam, że będzie to interesujące. Pewnie też przyznam się do tego, jak się nazywam i jak nazywają się kapelę w których gram :) Ten blog stanie się więc w znacznie większym stopniu moim pamiętnikiem. Oczywiście nie zamierzam zrezygnować z pozycji pisania o muzyce z perspektywy słuchacza, bo po co? Lubię to przecież. Zmienić, na niekorzyść, może się też częstotliwość umieszczania na blogu wpisów. Postaram się, aby do tego nie doszło, jednak uprzedzam lojalnie, że taka ewentualność istnieje.
piątek, 24 grudnia 2010
Zawsze jest coś więcej.
Jakąkolwiek drogę wybrałeś/wybrałaś – zawsze będzie coś więcej. Zawsze coś więcej można odkryć, stworzyć, nauczyć się. Jeśli potrafić czerpać z tego co robisz satysfakcję, jeżeli droga jest dla Ciebie celem – masz duże szanse na to, aby być człowiekiem szczęśliwym i zadowolonym z życia.
Również w muzyce. Im dalej zabrniesz, im więcej znasz, potrafisz, słyszałeś – tym szersze masz horyzonty, tym więcej widzisz ścieżek, którymi możesz iść dalej. Z początku wybierasz instynktownie, z czasem zaczynasz to robić coraz bardziej świadomie, kontrolować swój rozwój. Czasami nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gram swoje życie. Im bardziej świadomie to robię, tym lepiej czuję się na tym świecie.
Do działania napędzają mnie dwa pragnienia: przyjemności i rozwoju, przy czym najwyższą przyjemność czerpię z rozwijania się właśnie. Zawsze jest coś więcej, nie ma czegoś takiego jak meta. Dlatego gdy ktoś mnie pyta, czy chciałbym żyć wiecznie, odpowiadam: tak.
Również w muzyce. Im dalej zabrniesz, im więcej znasz, potrafisz, słyszałeś – tym szersze masz horyzonty, tym więcej widzisz ścieżek, którymi możesz iść dalej. Z początku wybierasz instynktownie, z czasem zaczynasz to robić coraz bardziej świadomie, kontrolować swój rozwój. Czasami nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gram swoje życie. Im bardziej świadomie to robię, tym lepiej czuję się na tym świecie.
Do działania napędzają mnie dwa pragnienia: przyjemności i rozwoju, przy czym najwyższą przyjemność czerpię z rozwijania się właśnie. Zawsze jest coś więcej, nie ma czegoś takiego jak meta. Dlatego gdy ktoś mnie pyta, czy chciałbym żyć wiecznie, odpowiadam: tak.
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Autobiografia.
Zaczynałem jak chyba większość gitarzystów w wieku zbliżonym do mojego od Defila. Stał się moją własnością na skutek wymiany na rower górski – z materialnego punktu widzenia interes zrobiłem kiepski, nawet uwzględniając, że rower stanowiącemu drugą stronę interesu koledze po dwóch tygodniach ukradziono. Patrząc na to szerzej – materialny aspekt mojego życia wskutek rzeczonego interesu cierpiał zawsze i chyba nadal cierpi – bo zamiast jak każdy normalny człowiek wchodzący w dorosły wiek skupić się na zarabianiu pieniędzy ja skupiałem się na tym, żeby grać. I żeby być szczerym – choć od tamtego czasu bardzo się zmieniłem, to to akurat zmieniło się nieznacznie.
Zaczęło się od kapeli (a jakże) punkowej, która potem przeistoczyła się w hardcore'owo – numetalową. Z tamtym składem grałem pierwsze koncerty, nawiązywałem pierwsze pijackie przyjaźnie i miałem pierwsze pomysły na podbicie muzyką świata – jak się później okazało tylko ja w tym zespole traktowałem je bez należytego dystansu. Zresztą również – o ile się orientuję - jako jedyny z tamtego składu nadal czynnie gram.
Potem był zespół progmetalowy, ogromny rozwój, zabawa z rytmiką i melodyką, kilkadziesiąt koncertów w kilkunastu miastach... z tym zespołem grałem długo – ok. cztery lata. Wszystko co robiliśmy muzycznie było bardzo dokładnie przemyślane i przepracowane – aż za bardzo, moim zdaniem. Niewątpliwie miło grało się coraz bardziej skomplikowane rzeczy, bo miało się świadomość tego, że idzie się do przodu. Niestety – działania pozamuzyczne były totalnie chaotyczne i kapela rozbiła się o prozę życia.
Był też krótki epizod z kapelą reggae. Pomijając fakt, że z wokalistką owego zespołu miałem epizod wcale nie taki krótki, choć już niemuzyczny - nie była to kapela szczególnie istotna. Ale była.
Potem był krok w tył, który okazał się krokiem wprzód. Kapela z ludźmi dużo, dużo młodszymi ode mnie, którzy z początku (pomijając wokalistkę) nie grzeszyli warsztatem. Skończyła się właśnie w tym momencie, w którym powinna była się na serio zacząć – wypracowany poziom, ograny materiał na konkretnego seta, nieźle nagrane demo, kilka ustawionych koncertów z perspektywą ustawienia kolejnych i nagle... koniec. Szkoda. Była to jak dotąd jedyna jak dotąd kapela w której grałem, której udało się zarejestrować demo od początku do końca.
Potem próba przerobienia na kapelę ekipy która lubiła ze sobą jarać i grać. Odszedłem gdy postanowiłem przestać jarać. Kapela padła kilka miesięcy po moim odejściu. Ciężko o tym powiedzieć coś więcej, bo niewiele się wydarzyło.
A teraz jest nowy projekt – noise'owo – funkowo – jazzowo – eksperymentalno - instrumentalny zespół który czeka na nazwę i idzie naprzód w tempie od którego opada mi szczęka. Kolejna nadzieja na to, że uda się w końcu podbić świat i robić to, co się kocha. Uda się? Tym razem na pewno się uda.
Zaczęło się od kapeli (a jakże) punkowej, która potem przeistoczyła się w hardcore'owo – numetalową. Z tamtym składem grałem pierwsze koncerty, nawiązywałem pierwsze pijackie przyjaźnie i miałem pierwsze pomysły na podbicie muzyką świata – jak się później okazało tylko ja w tym zespole traktowałem je bez należytego dystansu. Zresztą również – o ile się orientuję - jako jedyny z tamtego składu nadal czynnie gram.
Potem był zespół progmetalowy, ogromny rozwój, zabawa z rytmiką i melodyką, kilkadziesiąt koncertów w kilkunastu miastach... z tym zespołem grałem długo – ok. cztery lata. Wszystko co robiliśmy muzycznie było bardzo dokładnie przemyślane i przepracowane – aż za bardzo, moim zdaniem. Niewątpliwie miło grało się coraz bardziej skomplikowane rzeczy, bo miało się świadomość tego, że idzie się do przodu. Niestety – działania pozamuzyczne były totalnie chaotyczne i kapela rozbiła się o prozę życia.
Był też krótki epizod z kapelą reggae. Pomijając fakt, że z wokalistką owego zespołu miałem epizod wcale nie taki krótki, choć już niemuzyczny - nie była to kapela szczególnie istotna. Ale była.
Potem był krok w tył, który okazał się krokiem wprzód. Kapela z ludźmi dużo, dużo młodszymi ode mnie, którzy z początku (pomijając wokalistkę) nie grzeszyli warsztatem. Skończyła się właśnie w tym momencie, w którym powinna była się na serio zacząć – wypracowany poziom, ograny materiał na konkretnego seta, nieźle nagrane demo, kilka ustawionych koncertów z perspektywą ustawienia kolejnych i nagle... koniec. Szkoda. Była to jak dotąd jedyna jak dotąd kapela w której grałem, której udało się zarejestrować demo od początku do końca.
Potem próba przerobienia na kapelę ekipy która lubiła ze sobą jarać i grać. Odszedłem gdy postanowiłem przestać jarać. Kapela padła kilka miesięcy po moim odejściu. Ciężko o tym powiedzieć coś więcej, bo niewiele się wydarzyło.
A teraz jest nowy projekt – noise'owo – funkowo – jazzowo – eksperymentalno - instrumentalny zespół który czeka na nazwę i idzie naprzód w tempie od którego opada mi szczęka. Kolejna nadzieja na to, że uda się w końcu podbić świat i robić to, co się kocha. Uda się? Tym razem na pewno się uda.
niedziela, 5 grudnia 2010
Krzyk
Krzyk zawsze był dla mnie punktem wyjścia. Nie miłość. Nie ból. Nie radość. Nie smutek. Właśnie krzyk.
Nie krzyczę po to, żeby coś osiągnąć, chyba że mówimy o osiągnięciu jakiegoś stanu świadomości. Gdy krzyczę, bardzo wyraźnie czuję wpływ tych wszystkich substancji które działają w moim organizmie mocniej niż normalnie i jest to cholernie przyjemne uczucie. W pewnym sensie krzyk jest dla mnie narkotykiem po prostu.
Na warszawskim koncercie Slayera nie krzyczał prawie nikt – pewnie ludzie nie zdążyli się jeszcze upić. Możliwe też, że zadziałał brzmieniowy handicap, o autorstwo którego podejrzewam ekipę Metallicy – ludzie nie dostali po uszach od początku tak jak powinni byli, więc emocje opadły. Był jednak taki moment, gdy Lombardo zagrał solówkę. Wiadomo, jak Lombardo gra – nie widzę sensu żeby się nad tym rozwodzić. Zacząłem w tym momencie krzyczeć, z całej siły. Nie wiem, czy krzyczał ktoś jeszcze, całkiem możliwe, bo temperatura urosła w tym momencie tak, że aż parzyło. Ten krzyk nie był długi, ale zdarł mi gardło – chrypiałem przez 2 dni.
Chcę jeszcze kiedyś tak krzyknąć. Chyba niczego nie chcę bardziej.
Nie krzyczę po to, żeby coś osiągnąć, chyba że mówimy o osiągnięciu jakiegoś stanu świadomości. Gdy krzyczę, bardzo wyraźnie czuję wpływ tych wszystkich substancji które działają w moim organizmie mocniej niż normalnie i jest to cholernie przyjemne uczucie. W pewnym sensie krzyk jest dla mnie narkotykiem po prostu.
Na warszawskim koncercie Slayera nie krzyczał prawie nikt – pewnie ludzie nie zdążyli się jeszcze upić. Możliwe też, że zadziałał brzmieniowy handicap, o autorstwo którego podejrzewam ekipę Metallicy – ludzie nie dostali po uszach od początku tak jak powinni byli, więc emocje opadły. Był jednak taki moment, gdy Lombardo zagrał solówkę. Wiadomo, jak Lombardo gra – nie widzę sensu żeby się nad tym rozwodzić. Zacząłem w tym momencie krzyczeć, z całej siły. Nie wiem, czy krzyczał ktoś jeszcze, całkiem możliwe, bo temperatura urosła w tym momencie tak, że aż parzyło. Ten krzyk nie był długi, ale zdarł mi gardło – chrypiałem przez 2 dni.
Chcę jeszcze kiedyś tak krzyknąć. Chyba niczego nie chcę bardziej.
środa, 24 listopada 2010
Przeciwko wszystkim, przeciw wszystkiemu.
Muzyka zawsze pomagała mi definiować siebie. Zawsze krzyczałem, rwałem się do walki, chciałem coś burzyć... Dużo ludzi ma w sobie tą destrukcyjną energię. Jedni jeżdżą na mecze czy ustawki i wyładowują ją na tych, którzy myślą tak samo. Inni golą łby, hajlują i wyładowują się na tych, którzy myślą inaczej. Jeszcze inni próbują ubrać swój gniew w dźwięk, obraz czy słowa i wyładowują się na kimkolwiek, czymkolwiek. Często dlatego, że uwierzyli komuś lub czemuś bezkrytycznie, bo mięli potrzebę komuś lub czemuś bezkrytycznie uwierzyć. Tak jak w kawałku Mojej Adrenaliny:
Defekt
Destrukcyjny efekt
Kontrola
Pozbawiona myśli wola
Kontestacja nieświadoma
Słowa
Raczej nie jara mnie muzyka, w której nie słyszę buntu, krzyku, lub przynajmniej smutku. Raczej nie chciałbym grać muzyki, w której buntu, krzyku, lub przynajmniej smutku by brakowało. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale tak właśnie jest.
Defekt
Destrukcyjny efekt
Kontrola
Pozbawiona myśli wola
Kontestacja nieświadoma
Słowa
Raczej nie jara mnie muzyka, w której nie słyszę buntu, krzyku, lub przynajmniej smutku. Raczej nie chciałbym grać muzyki, w której buntu, krzyku, lub przynajmniej smutku by brakowało. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale tak właśnie jest.
niedziela, 21 listopada 2010
Jazz.
Jak to się stało, że zakochałem się w jazzie? Na pewno nie był to proces prosty, przebiegający jednym tylko torem, jestem chyba jednak w stanie znaleźć kilka momentów, które na moje obecne zakochanie wpłynęły najmocniej.
1)Dostałem akademik w Gdańsku Brzeźnie. Gdy pojawiłem się tam po raz pierwszy wydawał się zupełnie pusty, studenci nie zdążyli go jeszcze zasiedlić. Otwieram swój pokój. Meble, ściany, trzy łóżka, pustka i cisza. Siadam na jednym z łóżek, kładę obok siebie plecak, opieram głowę o ścianę i myślę „No tak. To jest moja nowa chata”. I w tym właśnie momencie słyszę zza ściany dźwięk saksofonu. Z tym saksofonistą z akademika gram do dziś.
2)Udało mi się w końcu zdefiniować to, czego szukam w muzyce – chcę, żeby rozpieprzała mi ona głowę. Idąc tym tropem wlewam sobie w uszy hektolitry technicznego deathmetalu, metalcore'u, grindcore'u z jednej strony, breakcore'u, speedcore'u i gabba z drugiej. Cały czas szukam czegoś, co rozpieprzyłoby mi głowę jeszcze bardziej, niż to, co zastosowałem w tym celu wcześniej. I ni stąd ni zowąd trafiam na NRD i Miłość. Oglądam film o Jacku Olterze. Odkrywam Pink Freud, potem też Erica Dolphy, Cecila Taylora... stwierdzam: kurcze, przecież w rozpieprzaniu głowy ci wszyscy źli metale i speedcore'owcy nie dorastają im do pięt! Otwiera mi się głowa. Przestaję ograniczać się do tego, co ją rozpieprza, zaczynam szukać tego, co ją stymuluje. Pojawia się Coltrane... i dalej już leci.
3)Łapiemy za instrumenty, improwizujemy. Skala pentatoniczna, skala majorowa, im dłużej gramy tym ciekawsze rzeczy się pojawiają. Czasem palce trafiają gdzie indziej, niż miały, okazują się jednak być znacznie bardziej na miejscu, niż gdybyśmy zagrali to poprawnie. Czytam autobiografię Stańki – pisze, że w improwizacji chodzi o to, żeby się pomylić, a potem to uzasadnić. Piękno tej idei mnie zachwyca. Wchłaniam ją, pozwalam stać się motywem przewodnim mojego grania. Biorę gitarę i gram free. I kocham grać bardziej niż kiedykolwiek.
1)Dostałem akademik w Gdańsku Brzeźnie. Gdy pojawiłem się tam po raz pierwszy wydawał się zupełnie pusty, studenci nie zdążyli go jeszcze zasiedlić. Otwieram swój pokój. Meble, ściany, trzy łóżka, pustka i cisza. Siadam na jednym z łóżek, kładę obok siebie plecak, opieram głowę o ścianę i myślę „No tak. To jest moja nowa chata”. I w tym właśnie momencie słyszę zza ściany dźwięk saksofonu. Z tym saksofonistą z akademika gram do dziś.
2)Udało mi się w końcu zdefiniować to, czego szukam w muzyce – chcę, żeby rozpieprzała mi ona głowę. Idąc tym tropem wlewam sobie w uszy hektolitry technicznego deathmetalu, metalcore'u, grindcore'u z jednej strony, breakcore'u, speedcore'u i gabba z drugiej. Cały czas szukam czegoś, co rozpieprzyłoby mi głowę jeszcze bardziej, niż to, co zastosowałem w tym celu wcześniej. I ni stąd ni zowąd trafiam na NRD i Miłość. Oglądam film o Jacku Olterze. Odkrywam Pink Freud, potem też Erica Dolphy, Cecila Taylora... stwierdzam: kurcze, przecież w rozpieprzaniu głowy ci wszyscy źli metale i speedcore'owcy nie dorastają im do pięt! Otwiera mi się głowa. Przestaję ograniczać się do tego, co ją rozpieprza, zaczynam szukać tego, co ją stymuluje. Pojawia się Coltrane... i dalej już leci.
3)Łapiemy za instrumenty, improwizujemy. Skala pentatoniczna, skala majorowa, im dłużej gramy tym ciekawsze rzeczy się pojawiają. Czasem palce trafiają gdzie indziej, niż miały, okazują się jednak być znacznie bardziej na miejscu, niż gdybyśmy zagrali to poprawnie. Czytam autobiografię Stańki – pisze, że w improwizacji chodzi o to, żeby się pomylić, a potem to uzasadnić. Piękno tej idei mnie zachwyca. Wchłaniam ją, pozwalam stać się motywem przewodnim mojego grania. Biorę gitarę i gram free. I kocham grać bardziej niż kiedykolwiek.
środa, 17 listopada 2010
O dwóch ikonach metalu słów kilka.
Za co lubię zespół Slayer? Pomijając muzykę - za to, że nie obcyndalają się ze sobą, tylko grają, za szczerość w tym co robią, za siłę, za to, że nigdy przed nikim nie ugięli karku. Muzycznie – czy to w ogóle da się zwerbalizować? Za energię. Za melodie grane kwintami. Za unikalność. Za inspirację. Za to, że King i Hanneman w solówkach ocierają się o terytoria freejazzowe, co w zestawieniu z zawrotnym tempem i ciężarem wydaje mi się jednym z najistotniejszych dla rozwoju gatunku (a może i muzyki w ogóle – zobaczymy) wynalazków. Za to, że jest Slayerem.
Za co nie lubię zespołu Metallica? Pomijając muzykę - za to, że właśnie się ze sobą obcyndalają – to, że wydali film dokumentujący proces wznawienia działalności zespołu po odwyku Hetfielda uważam za żenujące. Każdy ma prawo do problemów, ale upublicznianie ich ssanie za ich pomocą kasy wydaje mi się być tanim chwytem charakterystycznym dla plastikowych gwiazd. Nie lubię ich też za wojnę z Napsterem – jak Kerry King słusznie zauważył, muzyka metalowa, a Metallicy tyczy się to w szczególności – prawdopodobnie nigdy nie wypełzłaby z podziemia, gdyby fani nie przegrywali od siebie metalowych kaset. Koniec końców było to przecież takim samym piractwem jak ściąganie plików z internetu. Wojna Metallicy z Napsterem była atakiem na ten sam społeczny odruch, który uczynił ich popularnymi i był moim skromnym zdaniem w znacznie większym stopniu oznaką pazerności niż praworządności. Po trzecie: nie lubię ich za to, co zrobili przy okazji warszawskiego Sonisphere – zupełnie przypadkiem wszystkie kapele oprócz Metallicy miały brzmieniowy handicap – na Megadeath momentami nie było wokalu, na Slayerze z początku nie było słychać gitar, etc. Ok – może po prostu zatrudniono słabych akustyków (co jakoś umiarkowanie prawdopodobne mi się wydaje biorąc pod uwagę rangę koncertu) którzy zupełnie przypadkiem odkryli które gałki mają być w jakiej pozycji właśnie w chwili, gdy Metallica zaczęła grać. Ok – słyszałem o tym, że to powszechna w tym środowisku praktyka, że support nagłaśnia się gorzej, żeby nie przyćmił headlinera, ale kurcze – w zestawieniu z tym wszystkim co Hetfield czy Urlich mówili o szacunku dla kapel które miały razem z nimi wystąpić na Sonisphere okazali się zwyczajnymi hipokrytami.
Muzycznie – nie mogę powiedzieć, żebym Metallicy nie lubił, choć – pomijając dwa albumy - „Kill 'Em All” i „St.Anger” uważam ich muzykę za dość przeciętną. Szanuję ich znaczenie dla rozwoju gatunku, a także dla mojego własnego rozwoju – jak prawie każdy gitarzysta zaczynałem ucząc się ich kawałków, jednak moim zdaniem są zespołem nieco przereklamowanym.
Po co to piszę? Żeby stworzyć sobie tło dla przytoczenia stwierdzenia, które powtarzam przy każdej okazji: Na Sonisphere Slayer wciągnął Metallicę nosem i to pomimo że spieprzyli im nagłośnienie, że grali o wiele krótszego seta, że podczas ich występu słońce świeciło publiczności w oczy (kolejny przypadek, w który niekoniecznie chce mi się wierzyć) i że Metallica zastosowała efekty pirotechniczne i reżyserowane scenki rodzajowe (kostka Hetfielda). Tyle.
Za co nie lubię zespołu Metallica? Pomijając muzykę - za to, że właśnie się ze sobą obcyndalają – to, że wydali film dokumentujący proces wznawienia działalności zespołu po odwyku Hetfielda uważam za żenujące. Każdy ma prawo do problemów, ale upublicznianie ich ssanie za ich pomocą kasy wydaje mi się być tanim chwytem charakterystycznym dla plastikowych gwiazd. Nie lubię ich też za wojnę z Napsterem – jak Kerry King słusznie zauważył, muzyka metalowa, a Metallicy tyczy się to w szczególności – prawdopodobnie nigdy nie wypełzłaby z podziemia, gdyby fani nie przegrywali od siebie metalowych kaset. Koniec końców było to przecież takim samym piractwem jak ściąganie plików z internetu. Wojna Metallicy z Napsterem była atakiem na ten sam społeczny odruch, który uczynił ich popularnymi i był moim skromnym zdaniem w znacznie większym stopniu oznaką pazerności niż praworządności. Po trzecie: nie lubię ich za to, co zrobili przy okazji warszawskiego Sonisphere – zupełnie przypadkiem wszystkie kapele oprócz Metallicy miały brzmieniowy handicap – na Megadeath momentami nie było wokalu, na Slayerze z początku nie było słychać gitar, etc. Ok – może po prostu zatrudniono słabych akustyków (co jakoś umiarkowanie prawdopodobne mi się wydaje biorąc pod uwagę rangę koncertu) którzy zupełnie przypadkiem odkryli które gałki mają być w jakiej pozycji właśnie w chwili, gdy Metallica zaczęła grać. Ok – słyszałem o tym, że to powszechna w tym środowisku praktyka, że support nagłaśnia się gorzej, żeby nie przyćmił headlinera, ale kurcze – w zestawieniu z tym wszystkim co Hetfield czy Urlich mówili o szacunku dla kapel które miały razem z nimi wystąpić na Sonisphere okazali się zwyczajnymi hipokrytami.
Muzycznie – nie mogę powiedzieć, żebym Metallicy nie lubił, choć – pomijając dwa albumy - „Kill 'Em All” i „St.Anger” uważam ich muzykę za dość przeciętną. Szanuję ich znaczenie dla rozwoju gatunku, a także dla mojego własnego rozwoju – jak prawie każdy gitarzysta zaczynałem ucząc się ich kawałków, jednak moim zdaniem są zespołem nieco przereklamowanym.
Po co to piszę? Żeby stworzyć sobie tło dla przytoczenia stwierdzenia, które powtarzam przy każdej okazji: Na Sonisphere Slayer wciągnął Metallicę nosem i to pomimo że spieprzyli im nagłośnienie, że grali o wiele krótszego seta, że podczas ich występu słońce świeciło publiczności w oczy (kolejny przypadek, w który niekoniecznie chce mi się wierzyć) i że Metallica zastosowała efekty pirotechniczne i reżyserowane scenki rodzajowe (kostka Hetfielda). Tyle.
niedziela, 14 listopada 2010
Lubię Bezkompromisową Muzykę.
Witam na blogu LBM. Znajdziecie na nim relacje z koncertów, recenzje płyt, wywiady z artystami i w ogóle teksty dotyczące muzyki przekraczającej schematy... dobra, nie będę owijał w bawełnę: dotyczące muzyki, która mi się podoba :). Wszystkich zainteresowanych zapraszam do współpracy: piszcie na maila oblejmic@wp.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)