W swoim stosunkowo krótkim życiu zdarzyło mi się przeżyć epokę grunge'u, disco polo, techno i hip-hopu. Każdy z wymienionych gatunków miał okres, w którym dominował niepodzielnie. Reprezentujący je artyści sprzedawali największe nakłady płyt, mięli najwięcej ludzi na koncertach i najwięcej miejsca w mediach (wyjąwszy przedstawicieli popu, których jest w mediach zawsze tyle samo, niezależnie od tego, co by się akurat w muzyce nie działo). Ostatni był hip-hop. Pamiętam taką sytuację, sprzed mniej więcej pięciu – sześciu lat: lekko usmażeni siedzieliśmy z kolegą raperem na kanapie i dyskutowaliśmy o przyszłości muzyki. Byliśmy zgodni co do tego, że zbliża się kres dominacji hip-hopu i zastanawialiśmy się, co będzie dalej. Kolega raper uważał, że nadejdzie epoka reggae. Ja natomiast – że to koniec jednogatunkowych monopoli, że w dobie stale rozwijającego się internetu trafi je szlag. Okazało się, że miałem rację.
Żyjemy w świecie, w którym podziały pomiędzy odbiorcami różnych gatunków muzyki zacierają się. Metale chodzą na drumy, dyskomani na Open Era i znakomicie bawią się przy Placebo. Ortodoksyjni przedstawiciele subkultur są przeważnie zapici i śmieszni, nikt ich nie słucha, czują się fajni tylko we własnym gronie. Fani różnych gatunków muzyki przyjaźnią się, łączą w pary, sprzedają sobie nawzajem własne upodobania, akceptują je i rozszerzają swoje horyzonty.
Dotyczy to nie tylko odbiorców, ale również samych artystów. Jungle'owy dj Aaron Spectre bierze gitarę i występując jako Drumcorps robi deathmetal, który nawet ortodoksom urywa dupy. Mateusz Śmierzchalski, wcześniej udzielający się w Behemoth jako Havoc kolaboruje w Blindead z Hervym, którego domeną jest muzyka elektroniczna – podobnie jak w przypadku Drumcorps efekt przyprawia o opad szczęki. Szlag trafił monopole. Szlag trafił podziały.
Bezapelacyjnie podoba mi się ten stan rzeczy. Podoba się, bo stymuluje rozwój muzyki. Im większy przepływ informacji i twórczej energii pomiędzy artystami, tym więcej otrzymujemy interesującej i nie rażącej wtórnością sztuki.
poniedziałek, 31 stycznia 2011
sobota, 29 stycznia 2011
Niech sobie grają.
Koleżanka napisała na facebooku „Mam nadzieję, że zespół Hurts skończy się równie szybko, jak Ich Troje.” Jako przyczynę takowej nadziei wskazała obecność w/w zespołu na ustach „wszystkich”, powszechny zachwyt i zaproszenie na tegorocznego OpenEra, które to atrybuty drażnią ją potężnie w zestawieniu z prezentowanym przez zespół Hurts poziomem.
Z nazwą Hurts przy okazji tego postu spotkałem się pierwszy raz w życiu. Pozwoliłem sobie ów zespół sprawdzić i faktycznie muszę przyznać, że nie powala. Nie o tym jednak chcę w tym miejscu napisać. Uważam się za osobę dość mocno muzyką zainteresowaną, od biedy nawet mógłbym stwierdzić, że dość dobrze w temacie muzyki zorientowaną. Lubię grzebać i szperać, robię to często, z przyjemnością i zaangażowaniem. Robię to na tyle sprawnie, że jestem w stanie bez większych problemów zaspokoić swoją potrzebę nowych dźwięków. A jednak: zespół Hurts jakoś mi umknął i gdyby nie wspomniany wyżej post na fb nie miałbym o istnieniu takiej kapeli pojęcia. Podobnie, jak nie wiedziałbym o istnieniu Justina Beibera, gdyby nie demotywatory.pl (co zresztą nie tylko mnie, jak się okazuje, dotyczy).
Ładnych parę lat już po tym świecie chodzę, ładnych parę lat słucham muzyki i doskonale wiem, gdzie przyłożyć ucho, aby usłyszeć coś interesującego. Wiem też, gdzie nie przykładać, aby mojego ucha nie ochlapano gównem. Uważam, że każdy ma prawo słuchać i zachwycać się czym chce, nawet jeśli jest to dalece rozbieżne z moim gustem. Ja natomiast mam prawo nie słuchać – ani rozbieżnej z moim gustem muzyki, ani zachwytów na jej temat. Mam prawo nie czytać dziennikarzy muzycznych czy blogerów, mających inny gust niż ja. Mam takie prawo i skwapliwie z niego korzystam. Osobom, które denerwują powszechne zachwyty, radzę to samo. Po co psuć sobie nerwy?
Chyba ten link już się na łamach tego bloga pojawił, jednak jest tak znakomitą ilustracją powyższego tekstu, że nie mogłem sobie podarować umieszczenia go :)
Z nazwą Hurts przy okazji tego postu spotkałem się pierwszy raz w życiu. Pozwoliłem sobie ów zespół sprawdzić i faktycznie muszę przyznać, że nie powala. Nie o tym jednak chcę w tym miejscu napisać. Uważam się za osobę dość mocno muzyką zainteresowaną, od biedy nawet mógłbym stwierdzić, że dość dobrze w temacie muzyki zorientowaną. Lubię grzebać i szperać, robię to często, z przyjemnością i zaangażowaniem. Robię to na tyle sprawnie, że jestem w stanie bez większych problemów zaspokoić swoją potrzebę nowych dźwięków. A jednak: zespół Hurts jakoś mi umknął i gdyby nie wspomniany wyżej post na fb nie miałbym o istnieniu takiej kapeli pojęcia. Podobnie, jak nie wiedziałbym o istnieniu Justina Beibera, gdyby nie demotywatory.pl (co zresztą nie tylko mnie, jak się okazuje, dotyczy).
Ładnych parę lat już po tym świecie chodzę, ładnych parę lat słucham muzyki i doskonale wiem, gdzie przyłożyć ucho, aby usłyszeć coś interesującego. Wiem też, gdzie nie przykładać, aby mojego ucha nie ochlapano gównem. Uważam, że każdy ma prawo słuchać i zachwycać się czym chce, nawet jeśli jest to dalece rozbieżne z moim gustem. Ja natomiast mam prawo nie słuchać – ani rozbieżnej z moim gustem muzyki, ani zachwytów na jej temat. Mam prawo nie czytać dziennikarzy muzycznych czy blogerów, mających inny gust niż ja. Mam takie prawo i skwapliwie z niego korzystam. Osobom, które denerwują powszechne zachwyty, radzę to samo. Po co psuć sobie nerwy?
Chyba ten link już się na łamach tego bloga pojawił, jednak jest tak znakomitą ilustracją powyższego tekstu, że nie mogłem sobie podarować umieszczenia go :)
środa, 26 stycznia 2011
Grabowski, Gajda "Gościu. Auto-bio-Grabaż" - recenzja książki.
Nie mam czegoś takiego, jak ulubiony zespół. Jednak gdyby ktoś poprosił o wskazanie kapeli, która miała na mnie największy wpływ, to – pokręciwszy oczywiście uprzednio nosem na to pytanie – wskazałbym Pidżamę Porno. Gdyby spytano mnie o człowieka, którego teksty najmocniej się na mnie odcisnęły – wskazałbym Grabaża. Dlatego, jakkolwiek nie jestem specjalnym fanem jego ostatnich dokonań, to jednak tę książkę po prostu mieć musiałem. I mam.
„Gościu” to wywiad – rzeka. Pyta Krzysztof Gajda, odpowiada Krzysztof Grabowski. Książka jest przebogata w treść – ponad 500 stron uzupełnionych zdjęciami dokumentującymi wydarzenia o których mowa. Grabaż okazuje się rozmówcą szczerym, sympatycznym, obdarzonym potężnym i odpowiednio punkowym poczuciem humoru. Pozwala spojrzeć swoimi oczami na swoją twórczość, funkcjonowanie swoich kapel, rzeczywistość w której istniał, wydaje się nie mieć żadengo problemu z wpuszczeniem czytelnika w swoją głowę. „Gościu” rzucił dużo światła na piosenki, które w młodości rozpieprzały mnie na kawałki... może nawet za dużo. Chyba wolałbym, żeby niektóre sformułowania pozostały niezrozumiałe, żeby te teksty zachowały tajemniczość.
Z czystym sumieniem polecam.
„Gościu” to wywiad – rzeka. Pyta Krzysztof Gajda, odpowiada Krzysztof Grabowski. Książka jest przebogata w treść – ponad 500 stron uzupełnionych zdjęciami dokumentującymi wydarzenia o których mowa. Grabaż okazuje się rozmówcą szczerym, sympatycznym, obdarzonym potężnym i odpowiednio punkowym poczuciem humoru. Pozwala spojrzeć swoimi oczami na swoją twórczość, funkcjonowanie swoich kapel, rzeczywistość w której istniał, wydaje się nie mieć żadengo problemu z wpuszczeniem czytelnika w swoją głowę. „Gościu” rzucił dużo światła na piosenki, które w młodości rozpieprzały mnie na kawałki... może nawet za dużo. Chyba wolałbym, żeby niektóre sformułowania pozostały niezrozumiałe, żeby te teksty zachowały tajemniczość.
Z czystym sumieniem polecam.
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Nie można
Scena pierwsza:
Rozmowa dwóch hipotetycznych słuchaczy muzyki.
-Słucham sporo jazzu.
-A który okres Milesa lubisz najbardziej?
-Jakiego Milesa?
-Davisa, a jakiego? Nie można słuchać jazzu i nie znać Milesa.
Scena druga:
Próba hipotetycznego zespołu:
-Stary, nie możesz tego tak zagrać.
-Niby czemu?
-Bo to jest standard. Nie możesz zagrać tu molowej solówki, bo ona tu nie pasuje. Każdy, kto się zna na muzyce, powie ci to samo. Usłyszy coś takiego i już nie będzie bił brawa.
Dwie powyższe scenki niech będą punktem wyjścia dla dzisiejszego kazania.
Jednym z najważniejszych powodów, dla których kocham muzykę jest wolność. Wolność, jakiej w normalnym życiu niestety doświadczyć właściwie się nie da: żeby żyć - trzeba jeść. Żeby jeść – trzeba zarabiać. Żeby zarabiać – trzeba się naginać, wyjąwszy może pewne, nieliczne przypadki, do których się w żadnym wypadku nie zaliczam. To jest moja twierdza, mój azyl, tutaj mogę być naprawdę sobą.
Nic mnie tak nie drażni, jak próby nakładania ograniczeń na przestrzeń, która moim zdaniem powinna być od ograniczeń wolna i w której z tego właśnie powodu pragnę przebywać jak najwięcej. Nic mnie tak nie drażni, jak ktoś, kto mi mówi, że czegoś w muzyce nie można. W moim rozumieniu tej dziedziny zwrot „nie można” po prostu się nie mieści i próby stosowania tego zwrotu wobec niej odbieram jako zamach na nią. A dziedzina owa jest dla mnie hmm... święta (1). Pewnie jestem trochę na tym punkcie zboczony, pewnie niepotrzebnie tak się bulwersuję. Każdy ma prawo myśleć o muzyce co chce, również co innego niż ja. Ale jeśli ktoś zamierza mi powiedzieć, że czegoś w muzyce nie można, niech zdaje sobie sprawę, że słowa te w moim przypadku odniosą skutek dokładnie odwrotny do zamierzonego.
(1) Słowo „święta” chyba najlepiej oddaje, co miałem na myśli. Nie oddaje jednak w 100%, bo nie wierzę w żadne świętości.
Rozmowa dwóch hipotetycznych słuchaczy muzyki.
-Słucham sporo jazzu.
-A który okres Milesa lubisz najbardziej?
-Jakiego Milesa?
-Davisa, a jakiego? Nie można słuchać jazzu i nie znać Milesa.
Scena druga:
Próba hipotetycznego zespołu:
-Stary, nie możesz tego tak zagrać.
-Niby czemu?
-Bo to jest standard. Nie możesz zagrać tu molowej solówki, bo ona tu nie pasuje. Każdy, kto się zna na muzyce, powie ci to samo. Usłyszy coś takiego i już nie będzie bił brawa.
Dwie powyższe scenki niech będą punktem wyjścia dla dzisiejszego kazania.
Jednym z najważniejszych powodów, dla których kocham muzykę jest wolność. Wolność, jakiej w normalnym życiu niestety doświadczyć właściwie się nie da: żeby żyć - trzeba jeść. Żeby jeść – trzeba zarabiać. Żeby zarabiać – trzeba się naginać, wyjąwszy może pewne, nieliczne przypadki, do których się w żadnym wypadku nie zaliczam. To jest moja twierdza, mój azyl, tutaj mogę być naprawdę sobą.
Nic mnie tak nie drażni, jak próby nakładania ograniczeń na przestrzeń, która moim zdaniem powinna być od ograniczeń wolna i w której z tego właśnie powodu pragnę przebywać jak najwięcej. Nic mnie tak nie drażni, jak ktoś, kto mi mówi, że czegoś w muzyce nie można. W moim rozumieniu tej dziedziny zwrot „nie można” po prostu się nie mieści i próby stosowania tego zwrotu wobec niej odbieram jako zamach na nią. A dziedzina owa jest dla mnie hmm... święta (1). Pewnie jestem trochę na tym punkcie zboczony, pewnie niepotrzebnie tak się bulwersuję. Każdy ma prawo myśleć o muzyce co chce, również co innego niż ja. Ale jeśli ktoś zamierza mi powiedzieć, że czegoś w muzyce nie można, niech zdaje sobie sprawę, że słowa te w moim przypadku odniosą skutek dokładnie odwrotny do zamierzonego.
(1) Słowo „święta” chyba najlepiej oddaje, co miałem na myśli. Nie oddaje jednak w 100%, bo nie wierzę w żadne świętości.
sobota, 22 stycznia 2011
Czy internet zabija muzykę?
Przemysł płytowy pada na pysk. Myślę, że to proste stwierdzenie nie podlega dyskusji – a jeśli ktoś dyskutować mimo wszystko zamierza, to proponuję sprawdzić, ile egzemplarzy trzeba sprzedać aby otrzymać złotą płytę dzisiaj, a ile trzeba był sprzedać 5, 10, czy 15 lat temu. Gorsza sprzedaż płyt to również niższe zarobki artystów, więc teoretycznie rzecz biorąc dogorywanie przemysłu muzycznego powinno oznaczać również dogorywanie muzyki w ogóle. Teoretycznie.
Praktycznie internet, który fonografię zżera, okazuje się służyć rozwojowi muzyki. Podobnie zresztą, jak służy rozwojowi praktycznie każdej dziedziny ludzkiej działalności która opiera się na wymianie informacji... czyli właściwie w ogóle każdej dziedziny działalności ludzkiej. Oczywiście słychać tu i tam krzyki, że jest odwrotnie, jednak dam sobie głowę uciąć, że nawet w chwili wynalezienia koła ktoś próbował udowodnić, że sprowadzi ono na ludzkość zagładę.
Co internet robi dla muzyki? Po pierwsze: pozwala zaistnieć artystom interesującym nie tylko z punktu widzenia rynku. To, cytując klasyka, „oczywista oczywistość”, że priorytetem dla firm płytowych nie było to, aby płyta była dobra, ale aby się sprzedała. Mnóstwo, jeśli nie większość mainstreamowych wykonawców przebija się do masowej świadomości na zasadzie, że „ciemny lód to kupi” (cytując innego klasyka). W efekcie media jak jeden mąż raczą nas gównem, które smakuje tylko tym, którym jest obojętne co jedzą. Projekty interesujące, wnoszące coś nowego, posiadające wartość kulturalną (która absolutnie z wartością rynkową tożsama nie jest) bardzo często rozpieprzały się o szklany sufit. Dziś kapela, która chce zaistnieć, nie jest skazana na łaskę wytwórni – może promować się przez internet i bardzo często wypromować jej się udaje. Uważam, że to największa z zasług nowego medium.
Dalej: internet maksymalnie ułatwia artystom, fanom i osobom które działają na scenie w inny sposób (organizują koncerty, wynajmują sale prób, etc.) komunikowanie się. Dużo łatwiej znaleźć kogoś, kto zagra koncert w zastępstwie, sam koncert również znacznie łatwiej nagłośnić. Łatwiej dotrzeć do środowisk opiniotwórczych, łatwiej współpracować. Komunikacja wydaje się być dla rozwoju sceny muzycznej bardziej istotna, niż ilość pieniędzy, które do niej spływają. Takie mam wrażenie – mimo że sprzedaż płyt spada, to dzieje się więcej niż kiedykolwiek się działo.
I kwestia dziania się właśnie: sprzedaż płyt spada, więc muzycy chcąc nie chcąc muszą szukać dochodów gdzie indziej. W efekcie od ładnych paru lat obserwujemy stały wzrost liczby interesujących koncertów. Artyści chcąc zarabiać muszą jeździć i grać. Gdy miałem lat naście w życiu nie spodziewałbym się, że w jednym roku uda mi się zobaczyć Metallicę, Slayera, Megadeth, Anthrax, Marcusa Millera, Johna Scofielda, Nigela Kennedy, Morcheebę... i że większość tych koncertów będzie darmowa. Wygląda na to, że ta tendencja będzie się utrzymywać. I cieszy mnie to cholernie.
A że kończy się pewna epoka... cóż, to naturalna kolej rzeczy. Myślę, że zmian nie ma się co bać. Przynajmniej, dopóki nie pracuje się w firmie płytowej.
Ajja - Psychogenica PromoMix 2 by ajja
Praktycznie internet, który fonografię zżera, okazuje się służyć rozwojowi muzyki. Podobnie zresztą, jak służy rozwojowi praktycznie każdej dziedziny ludzkiej działalności która opiera się na wymianie informacji... czyli właściwie w ogóle każdej dziedziny działalności ludzkiej. Oczywiście słychać tu i tam krzyki, że jest odwrotnie, jednak dam sobie głowę uciąć, że nawet w chwili wynalezienia koła ktoś próbował udowodnić, że sprowadzi ono na ludzkość zagładę.
Co internet robi dla muzyki? Po pierwsze: pozwala zaistnieć artystom interesującym nie tylko z punktu widzenia rynku. To, cytując klasyka, „oczywista oczywistość”, że priorytetem dla firm płytowych nie było to, aby płyta była dobra, ale aby się sprzedała. Mnóstwo, jeśli nie większość mainstreamowych wykonawców przebija się do masowej świadomości na zasadzie, że „ciemny lód to kupi” (cytując innego klasyka). W efekcie media jak jeden mąż raczą nas gównem, które smakuje tylko tym, którym jest obojętne co jedzą. Projekty interesujące, wnoszące coś nowego, posiadające wartość kulturalną (która absolutnie z wartością rynkową tożsama nie jest) bardzo często rozpieprzały się o szklany sufit. Dziś kapela, która chce zaistnieć, nie jest skazana na łaskę wytwórni – może promować się przez internet i bardzo często wypromować jej się udaje. Uważam, że to największa z zasług nowego medium.
Dalej: internet maksymalnie ułatwia artystom, fanom i osobom które działają na scenie w inny sposób (organizują koncerty, wynajmują sale prób, etc.) komunikowanie się. Dużo łatwiej znaleźć kogoś, kto zagra koncert w zastępstwie, sam koncert również znacznie łatwiej nagłośnić. Łatwiej dotrzeć do środowisk opiniotwórczych, łatwiej współpracować. Komunikacja wydaje się być dla rozwoju sceny muzycznej bardziej istotna, niż ilość pieniędzy, które do niej spływają. Takie mam wrażenie – mimo że sprzedaż płyt spada, to dzieje się więcej niż kiedykolwiek się działo.
I kwestia dziania się właśnie: sprzedaż płyt spada, więc muzycy chcąc nie chcąc muszą szukać dochodów gdzie indziej. W efekcie od ładnych paru lat obserwujemy stały wzrost liczby interesujących koncertów. Artyści chcąc zarabiać muszą jeździć i grać. Gdy miałem lat naście w życiu nie spodziewałbym się, że w jednym roku uda mi się zobaczyć Metallicę, Slayera, Megadeth, Anthrax, Marcusa Millera, Johna Scofielda, Nigela Kennedy, Morcheebę... i że większość tych koncertów będzie darmowa. Wygląda na to, że ta tendencja będzie się utrzymywać. I cieszy mnie to cholernie.
A że kończy się pewna epoka... cóż, to naturalna kolej rzeczy. Myślę, że zmian nie ma się co bać. Przynajmniej, dopóki nie pracuje się w firmie płytowej.
Ajja - Psychogenica PromoMix 2 by ajja
czwartek, 20 stycznia 2011
Dobre Gówno
Próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatnio zdarzyło się, żeby zespół punkowy zrobił na mnie większe wrażenie... ostatni byli albo Starzy Singers, albo W Sekund 5, więc musiało to być jakoś tuż przed wymarciem dinozaurów. Z jednej strony wyszedłem z punkrocka, przestałem interesować się tym, co działo się na tzw. „scenie niezależnej” (jak już wspominałem – cudzysłów jest tu dlatego, że nie wierzę w istnienie takiego bytu), z drugiej chyba faktycznie nie pojawiło się nic na tyle ciekawego, żeby do uszu moich dotrzeć. Jakkolwiek nie grzebałem w tej szufladzie, to oczy i uszy miałem na muzykę otwarte. Blisko dekada kompletnego braku zachwytu punkrockiem. Do dzisiaj.
Grzebiąc w necie trafiłem na plebiscyt „7 Nadziei Trójmiasta”, w którym nominowane były m.in. bardzo przeze mnie lubione Blindead i Proghma-C. Już chciałem zagłosować na Blindead, gdy uderzyła mnie po oczach nazwa ostatnich nominowanych: zespołu Gówno. Będąc uderzonym po oczach musiałem oczywiście posiadaczy owej nazwy sprawdzić. Sprawdziłem i leżę na glebie.
Oświadczam z dumą, jako mieszkaniec 3-miasta, że w naszych rejonach pojawił się wreszcie zespół, który jest ultrapunkowy na swój własny, niepodrobiony i niepodrabialny sposób. Wokal przynosi na myśl WC, aż się łezka w oku kręci. W porównaniu z WC Gówno jest jednak mniej zaangażowane społecznie a bardziej jajcarskie – punkrock na miarę naszych czasów rzekłbym. Chłopaki są bezapelacyjnie odważni i dość głęboko mają polityczną poprawność, o czym sama nazwa świadczy. Jednocześnie mają do siebie kupę dystansu, są bezpretensjonalni, autentyczni. Teksty totalnie zabijają – poczucie humoru porównywalne chyba z Podwórkowymi Chuliganami tylko...
Mam poważny dylemat, czy w owym plebiscycie oddać głos na Blindead, czy może jednak na Gówno. I nie mogę się doczekać aż zagrają jakąś sztukę w okolicy, żeby sprawdzić temat ze strony koncertowej.
sobota, 15 stycznia 2011
Piosenki
Piosenki to byty złożone. Zarówno warstwa tekstowa jak i dźwiękowo mogą istnieć niezależnie, przeważnie też niezależnie powstają. Zdarza się jednak tak, że egzystując osobno owe dwa składniki zupełnie nie potrafią się obronić, a mimo to występując razem potrafią zmiażdżyć.
Kiedyś słuchałem mnóstwo piosenek, zdarzało mi się też takowe pisać. Dziś słucham ich zdecydowanie mniej. Przypuszczam, że jest to charakterystyczne dla jakiegoś wieku. Piosenki, których wówczas się słucha, pomagają nam się określić, budować naszą tożsamość, odnaleźć grupy ludzi z którymi zaczynamy się identyfikować... później chyba już nie jest nam to aż tak potrzebne. Owszem, cały czas zdarza się, że dostanę po uszach piosenką słyszaną po raz pierwszy i leżę na łopatkach, jednak zdarza się to ekstremalnie rzadko. Znacznie częściej zdarza mi się usłyszeć jakąś piosenkę z czasów młodości i odkryć w nich nowy sens, lub ważne zdanie, którego ważności kiedyś nie dostrzegałem. Co to są za piosenki? Pidżamy Porno, Myslovitz, Kazika w różnych odsłonach, Świetlików... Często też zdarza się, że zwala mnie z nóg kawałek WWO lub Paktofoniki, których w czasach swojej nastoletniości nie tylko nie doceniałem, ale wręcz nie zauważałem, jednak hip hop to nie piosenkarstwo – myślę, że napiszę o tym kiedy indziej.
Są takie piosenki, które znam na pamięć, które podśpiewuję idąc ulicą i mijając obcych sobie ludzi. Chyba każdy takie ma. Są dla mnie niesamowicie ważne. Tak jakby we mnie wrosły, zaczęły stanowić części składowe mojej osoby. Nie wyobrażam sobie siebie bez nich.
Kiedyś słuchałem mnóstwo piosenek, zdarzało mi się też takowe pisać. Dziś słucham ich zdecydowanie mniej. Przypuszczam, że jest to charakterystyczne dla jakiegoś wieku. Piosenki, których wówczas się słucha, pomagają nam się określić, budować naszą tożsamość, odnaleźć grupy ludzi z którymi zaczynamy się identyfikować... później chyba już nie jest nam to aż tak potrzebne. Owszem, cały czas zdarza się, że dostanę po uszach piosenką słyszaną po raz pierwszy i leżę na łopatkach, jednak zdarza się to ekstremalnie rzadko. Znacznie częściej zdarza mi się usłyszeć jakąś piosenkę z czasów młodości i odkryć w nich nowy sens, lub ważne zdanie, którego ważności kiedyś nie dostrzegałem. Co to są za piosenki? Pidżamy Porno, Myslovitz, Kazika w różnych odsłonach, Świetlików... Często też zdarza się, że zwala mnie z nóg kawałek WWO lub Paktofoniki, których w czasach swojej nastoletniości nie tylko nie doceniałem, ale wręcz nie zauważałem, jednak hip hop to nie piosenkarstwo – myślę, że napiszę o tym kiedy indziej.
Są takie piosenki, które znam na pamięć, które podśpiewuję idąc ulicą i mijając obcych sobie ludzi. Chyba każdy takie ma. Są dla mnie niesamowicie ważne. Tak jakby we mnie wrosły, zaczęły stanowić części składowe mojej osoby. Nie wyobrażam sobie siebie bez nich.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)