Miałem okres fascynacji technicznym gitarowym graniem. To chyba naturalny etap w związku człowieka z instrumentem, o ile jest to związek z miłości. Dużo słuchałem Dream Theater i Liquid Tension Experiment, lubiłem patrzeć na to, jak chodzą palce Johna Petrucciego. Z czasem jednak zarówno DT jak i muzyka gitarowych wymiataczy w guście Vaia czy Satrianiego zaczęła mnie nudzić: było tam mnóstwo sportu na niesamowitym, wyczynowym poziomie, jednak nic, co by do mnie przemówiło jakoś głębiej.
Pojawił się zespół Mudvayne, który na pierwszej płycie połączył granie techniczne z graniem emocjonalnym i agresywnym. Teraz chłopaki grają pop, jednak wtedy zarówno mnie jak i basiście z mojej ówczesnej kapeli w dużej mierze wytyczyli artystyczne drogi (szumne określenie troszkę jak na muzyków amatorów, którzy nigdy poza własnym województwem nie zagrali, jednak nie boję się go użyć: obaj osiągnęliśmy niezły poziom i udało nam się wykształcić własny styl).
Potem były zespoły jak Psyopus czy Cephalic Carnage, które imponowały zarówno mocą jak i techniką. Na trójmiejskim podwórku zdarzyło mi się zobaczyć na żywo kapele Ajdath i Fulcrum, które jakkolwiek nie zrobiły kariery takiej jak wymienione wyżej, to prezentowały (Fulcrum nawet nadal prezentuje) taki poziom, że chyba warto o nich wspomnieć.
W tej chwili słucham zespołu Animals As Leaders, którego liderem jest gitarzysta Tosin Abassi. Moja muzyczna wrażliwość mocno się zmieniła (lubię myśleć, że ewoluowała) – moc i technika to w tej chwili dla mnie za mało, choć na pewno nie są to minusy. Szukam czegoś nowego, złamania konwencji, czegoś niedefiniowalnego tak do końca, czegoś co mnie zaczaruje. Animals As Leaders ma spore szanse na to, że uratuje mnie dla szeroko pojętej muzyki metalowej (mocno walczy o mnie jazz). Kompozycje Tosina Abassi, jakkolwiek bardzo bogate i pełne zakamarków których nie widać (słychać) za pierwszym przesłuchaniem, są pozbawione jakiejkolwiek pretensjonalności czy egzaltacji (znajomy punkowy perkusista określał to dosadniej: masturbacją) która tak mnie w tej chwili drażni w Liquid Tension Experiment czy DT. Ogromna muzyczna erudycja i pomysłowość łączy się z umiarem, szczerością (nie ma pozy, szpanu i banału, jak u Vaia chociażby). AAL czerpią z metalu, jazzu, elektroniki, czy muzyki klasycznej, często przebijają się też inne gatunki. Porywają się na karkołomne na pierwszy rzut oka (ucha) eksperymenty, które jednak okazują się być działaniami bardzo dokładnie przemyślanymi i wkomponowanymi w całość tak, aby nie pozwolić słuchaczowi się oderwać.
Wirtuozeria to nie jest tylko dobre wytrenowanie – gdyby w ten sposób ją definiować to w prawie każdym miasteczku mieszka wirtuoz czy dwóch, a w większych miastach jest takich od kilkudziesięciu do kilkuset. Technika na pewno nie przeszkadza, jednak sama technika to o wiele za mało. Dla mnie wirtuozeria polega na tym, że potrafi się wykreować zupełnie nową rzeczywistość, która wciąga słuchacza, sprawia, że chce tej rzeczywistości doświadczać, podróżować po niej. Tosin Abassi tak mi właśnie robi. Petrucci już nie, Vai czy Satriani nie robili mi tak nigdy.
wtorek, 21 grudnia 2010
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Autobiografia.
Zaczynałem jak chyba większość gitarzystów w wieku zbliżonym do mojego od Defila. Stał się moją własnością na skutek wymiany na rower górski – z materialnego punktu widzenia interes zrobiłem kiepski, nawet uwzględniając, że rower stanowiącemu drugą stronę interesu koledze po dwóch tygodniach ukradziono. Patrząc na to szerzej – materialny aspekt mojego życia wskutek rzeczonego interesu cierpiał zawsze i chyba nadal cierpi – bo zamiast jak każdy normalny człowiek wchodzący w dorosły wiek skupić się na zarabianiu pieniędzy ja skupiałem się na tym, żeby grać. I żeby być szczerym – choć od tamtego czasu bardzo się zmieniłem, to to akurat zmieniło się nieznacznie.
Zaczęło się od kapeli (a jakże) punkowej, która potem przeistoczyła się w hardcore'owo – numetalową. Z tamtym składem grałem pierwsze koncerty, nawiązywałem pierwsze pijackie przyjaźnie i miałem pierwsze pomysły na podbicie muzyką świata – jak się później okazało tylko ja w tym zespole traktowałem je bez należytego dystansu. Zresztą również – o ile się orientuję - jako jedyny z tamtego składu nadal czynnie gram.
Potem był zespół progmetalowy, ogromny rozwój, zabawa z rytmiką i melodyką, kilkadziesiąt koncertów w kilkunastu miastach... z tym zespołem grałem długo – ok. cztery lata. Wszystko co robiliśmy muzycznie było bardzo dokładnie przemyślane i przepracowane – aż za bardzo, moim zdaniem. Niewątpliwie miło grało się coraz bardziej skomplikowane rzeczy, bo miało się świadomość tego, że idzie się do przodu. Niestety – działania pozamuzyczne były totalnie chaotyczne i kapela rozbiła się o prozę życia.
Był też krótki epizod z kapelą reggae. Pomijając fakt, że z wokalistką owego zespołu miałem epizod wcale nie taki krótki, choć już niemuzyczny - nie była to kapela szczególnie istotna. Ale była.
Potem był krok w tył, który okazał się krokiem wprzód. Kapela z ludźmi dużo, dużo młodszymi ode mnie, którzy z początku (pomijając wokalistkę) nie grzeszyli warsztatem. Skończyła się właśnie w tym momencie, w którym powinna była się na serio zacząć – wypracowany poziom, ograny materiał na konkretnego seta, nieźle nagrane demo, kilka ustawionych koncertów z perspektywą ustawienia kolejnych i nagle... koniec. Szkoda. Była to jak dotąd jedyna jak dotąd kapela w której grałem, której udało się zarejestrować demo od początku do końca.
Potem próba przerobienia na kapelę ekipy która lubiła ze sobą jarać i grać. Odszedłem gdy postanowiłem przestać jarać. Kapela padła kilka miesięcy po moim odejściu. Ciężko o tym powiedzieć coś więcej, bo niewiele się wydarzyło.
A teraz jest nowy projekt – noise'owo – funkowo – jazzowo – eksperymentalno - instrumentalny zespół który czeka na nazwę i idzie naprzód w tempie od którego opada mi szczęka. Kolejna nadzieja na to, że uda się w końcu podbić świat i robić to, co się kocha. Uda się? Tym razem na pewno się uda.
Zaczęło się od kapeli (a jakże) punkowej, która potem przeistoczyła się w hardcore'owo – numetalową. Z tamtym składem grałem pierwsze koncerty, nawiązywałem pierwsze pijackie przyjaźnie i miałem pierwsze pomysły na podbicie muzyką świata – jak się później okazało tylko ja w tym zespole traktowałem je bez należytego dystansu. Zresztą również – o ile się orientuję - jako jedyny z tamtego składu nadal czynnie gram.
Potem był zespół progmetalowy, ogromny rozwój, zabawa z rytmiką i melodyką, kilkadziesiąt koncertów w kilkunastu miastach... z tym zespołem grałem długo – ok. cztery lata. Wszystko co robiliśmy muzycznie było bardzo dokładnie przemyślane i przepracowane – aż za bardzo, moim zdaniem. Niewątpliwie miło grało się coraz bardziej skomplikowane rzeczy, bo miało się świadomość tego, że idzie się do przodu. Niestety – działania pozamuzyczne były totalnie chaotyczne i kapela rozbiła się o prozę życia.
Był też krótki epizod z kapelą reggae. Pomijając fakt, że z wokalistką owego zespołu miałem epizod wcale nie taki krótki, choć już niemuzyczny - nie była to kapela szczególnie istotna. Ale była.
Potem był krok w tył, który okazał się krokiem wprzód. Kapela z ludźmi dużo, dużo młodszymi ode mnie, którzy z początku (pomijając wokalistkę) nie grzeszyli warsztatem. Skończyła się właśnie w tym momencie, w którym powinna była się na serio zacząć – wypracowany poziom, ograny materiał na konkretnego seta, nieźle nagrane demo, kilka ustawionych koncertów z perspektywą ustawienia kolejnych i nagle... koniec. Szkoda. Była to jak dotąd jedyna jak dotąd kapela w której grałem, której udało się zarejestrować demo od początku do końca.
Potem próba przerobienia na kapelę ekipy która lubiła ze sobą jarać i grać. Odszedłem gdy postanowiłem przestać jarać. Kapela padła kilka miesięcy po moim odejściu. Ciężko o tym powiedzieć coś więcej, bo niewiele się wydarzyło.
A teraz jest nowy projekt – noise'owo – funkowo – jazzowo – eksperymentalno - instrumentalny zespół który czeka na nazwę i idzie naprzód w tempie od którego opada mi szczęka. Kolejna nadzieja na to, że uda się w końcu podbić świat i robić to, co się kocha. Uda się? Tym razem na pewno się uda.
środa, 15 grudnia 2010
Niwea - Sopot, Papryka, 12.12
O Niwea nie jest łatwo pisać, pewnie m.in. z tego powodu pisze się o nich niewiele. W Papryce miałem przyjemność widzieć ich po raz pierwszy i właściwie nie do końca wiedziałem, czego można się po nich spodziewać.
Występ Niwea nie był po prostu koncertem – oprawa parateatralna jest tu integralną częścią całości. Ta relacja więc nie może być po prostu relacją. Nie będę oceniał, bo było to coś na tyle wyjątkowego – przynajmniej w świetle występów, jakich odbiorcą zdarzyło mi się być do tej pory w życiu – że z braku materiału porównawczemu ocenianiu podlegać nie może. Nie będę ze szczegółami i chronologicznie opisywał, co Szczęsny i Bąkowski w trakcie występu robili, bo to miało moim zdaniem wartość tylko w ich wykonaniu i przy użyciu środków, jakich używali.
Przyszło mało ludzi, i dobrze – klimat był nieziemski. Występ był krótki – plus minus 40 min. i też dobrze – stanowił zamkniętą całość (były dwa bisy, ale chyba właśnie tyle miało ich być). Nie było improwizacji (a przynajmniej nie zauważyłem), był hicior „Miły młody człowiek”, w którym udało się zaangażować publiczność – też pewnie element wcześniej przetestowany na innych publicznościach. I był tekst, który zniszczył – Bąkowski przed drugim bisem „A teraz zagramy piosenkę, która w sensie metaforycznym odnosi się do wszystkiego w ogóle”. Zaiste piękne podsumowanie, choć chyba nie wszyscy zebrani zrozumieli żart.
Występ Niwea nie był po prostu koncertem – oprawa parateatralna jest tu integralną częścią całości. Ta relacja więc nie może być po prostu relacją. Nie będę oceniał, bo było to coś na tyle wyjątkowego – przynajmniej w świetle występów, jakich odbiorcą zdarzyło mi się być do tej pory w życiu – że z braku materiału porównawczemu ocenianiu podlegać nie może. Nie będę ze szczegółami i chronologicznie opisywał, co Szczęsny i Bąkowski w trakcie występu robili, bo to miało moim zdaniem wartość tylko w ich wykonaniu i przy użyciu środków, jakich używali.
Przyszło mało ludzi, i dobrze – klimat był nieziemski. Występ był krótki – plus minus 40 min. i też dobrze – stanowił zamkniętą całość (były dwa bisy, ale chyba właśnie tyle miało ich być). Nie było improwizacji (a przynajmniej nie zauważyłem), był hicior „Miły młody człowiek”, w którym udało się zaangażować publiczność – też pewnie element wcześniej przetestowany na innych publicznościach. I był tekst, który zniszczył – Bąkowski przed drugim bisem „A teraz zagramy piosenkę, która w sensie metaforycznym odnosi się do wszystkiego w ogóle”. Zaiste piękne podsumowanie, choć chyba nie wszyscy zebrani zrozumieli żart.
piątek, 10 grudnia 2010
Szału nie ma - recenzja książki "Komeda. Księżycowy chłopiec" Emilii Batury.
Sporo się po tej książce spodziewałem – niedawno przeczytałem „Desperado” - autobiografię Stańki, która mocno przyczyniła się do tego, że do reszty oszalałem na punkcie jazzu. Otwierając biografię Komedy miałem nadzieję na to, że pomoże mi jeszcze głębiej wniknąć w tą muzykę i klimat wokół niej. Nic takiego się nie stało.
Książka jest bardzo ładnie wydana i szybko się ją czyta. I to właściwie wszystko, jeśli chodzi o dobre rzeczy, które mogę na jej temat powiedzieć.
W trakcie lektury miałem wrażenie, że to nie jest książka o Komedzie, tylko o jego żonie. Zosia niewątpliwie była postacią nietuzinkową i wywarła ogromny wpływ na muzykę i życie Krzysztofa, ale to jednak nie z jej powodu sięgnąłem po tą książkę. To prawda, że wydawca zaznaczył w recenzji z tyłu okładki, że nie jest to biografia typowa, że autorka próbuje pokazać Komedę sięgając po szczegóły z jego życia osobistego, ale cholera – Komeda był przede wszystkim muzykiem i twórcą muzyki więc moim skromnym zdaniem książka o nim powinna dotyczyć przede wszystkim muzyki. Miałem wrażenie, że autorka nawet nie zadała sobie trudu, żeby porozmawiać z ludźmi, którzy z Komedą grali – postaci te są tak zmarginalizowane, że niemal niewidoczne. Stańko jest wspomniany dwu lub trzykrotnie, Roman Dyląg może ze dwa razy – podkreślam słowo „wspomniany”. Temat relacji pomiędzy Komedą i tymi dwoma muzykami w książce praktycznie nie istnieje, może poza stwierdzeniem, że Stańko jest artystą najbliższym duchowo Komedzie. Natomiast ze szczegółami pani Batura opisuje w jaki sposób Zosia urządzała ich wspólne mieszkanie, jak była pomysłowa zakrywając wilgoć... Mnie osobiście to akurat mało obchodzi. W odróżnieniu od procesu twórczego, od metod pracy Komedy – kwestii ledwie w „Księżycowym Chłopcu” poruszonej. Więcej na ten temat dowiedziałem się z „Desperado”.
Myślę, że warto zapamiętać nazwisko autorki. Ja na pewno zapamiętam – następnym razem gdy zobaczę na wystawie książkę o interesującej mnie postaci przed zakupem sprawdzę, czy to nie pani Batura ją napisała.
Książka jest bardzo ładnie wydana i szybko się ją czyta. I to właściwie wszystko, jeśli chodzi o dobre rzeczy, które mogę na jej temat powiedzieć.
W trakcie lektury miałem wrażenie, że to nie jest książka o Komedzie, tylko o jego żonie. Zosia niewątpliwie była postacią nietuzinkową i wywarła ogromny wpływ na muzykę i życie Krzysztofa, ale to jednak nie z jej powodu sięgnąłem po tą książkę. To prawda, że wydawca zaznaczył w recenzji z tyłu okładki, że nie jest to biografia typowa, że autorka próbuje pokazać Komedę sięgając po szczegóły z jego życia osobistego, ale cholera – Komeda był przede wszystkim muzykiem i twórcą muzyki więc moim skromnym zdaniem książka o nim powinna dotyczyć przede wszystkim muzyki. Miałem wrażenie, że autorka nawet nie zadała sobie trudu, żeby porozmawiać z ludźmi, którzy z Komedą grali – postaci te są tak zmarginalizowane, że niemal niewidoczne. Stańko jest wspomniany dwu lub trzykrotnie, Roman Dyląg może ze dwa razy – podkreślam słowo „wspomniany”. Temat relacji pomiędzy Komedą i tymi dwoma muzykami w książce praktycznie nie istnieje, może poza stwierdzeniem, że Stańko jest artystą najbliższym duchowo Komedzie. Natomiast ze szczegółami pani Batura opisuje w jaki sposób Zosia urządzała ich wspólne mieszkanie, jak była pomysłowa zakrywając wilgoć... Mnie osobiście to akurat mało obchodzi. W odróżnieniu od procesu twórczego, od metod pracy Komedy – kwestii ledwie w „Księżycowym Chłopcu” poruszonej. Więcej na ten temat dowiedziałem się z „Desperado”.
Myślę, że warto zapamiętać nazwisko autorki. Ja na pewno zapamiętam – następnym razem gdy zobaczę na wystawie książkę o interesującej mnie postaci przed zakupem sprawdzę, czy to nie pani Batura ją napisała.
poniedziałek, 6 grudnia 2010
Świetliki
Kazik Staszewski powiedział kiedyś o Świetlickim, że jest znakomitym przykładem na to, jak swoich wierszy wykonywać nie należy. Podobnie jak w wielu kwestiach mamy na ten temat zdania skrajnie różne.
Świetliki to obok Pidżamy Porno kapela, która chyba najmocniej wpłynęła na to jak odbieram świat. Teksty Świelickiego zawsze trafiały mi w sam środek głowy i nie wyobrażam sobie, żeby w wykonaniu kogoś innego miały siłę zbliżoną choćby w jednej czwartej do jego własnych interpretacji (tak, Lindy to również dotyczy). To, co najbardziej mi się w tych kawałkach podoba to fakt, że w momencie życia w którym obecnie się znajduję znaczą dla mnie coś zupełnie innego niż w okresie, w którym zetknąłem się z nimi po raz pierwszy. To ingardenowskie miejsce niedookreślone – przestrzeń dzieła, którą odbiorca wypełnia sobą stając się jego swoistym współautorem, tworząc coś, co percypuje jako jedyny i jedynie w chwili obcowania. Jutro ten kawałek będzie mi mówił o czymś innym. Zmienia się razem ze mną.
Świetliki to obok Pidżamy Porno kapela, która chyba najmocniej wpłynęła na to jak odbieram świat. Teksty Świelickiego zawsze trafiały mi w sam środek głowy i nie wyobrażam sobie, żeby w wykonaniu kogoś innego miały siłę zbliżoną choćby w jednej czwartej do jego własnych interpretacji (tak, Lindy to również dotyczy). To, co najbardziej mi się w tych kawałkach podoba to fakt, że w momencie życia w którym obecnie się znajduję znaczą dla mnie coś zupełnie innego niż w okresie, w którym zetknąłem się z nimi po raz pierwszy. To ingardenowskie miejsce niedookreślone – przestrzeń dzieła, którą odbiorca wypełnia sobą stając się jego swoistym współautorem, tworząc coś, co percypuje jako jedyny i jedynie w chwili obcowania. Jutro ten kawałek będzie mi mówił o czymś innym. Zmienia się razem ze mną.
niedziela, 5 grudnia 2010
Krzyk
Krzyk zawsze był dla mnie punktem wyjścia. Nie miłość. Nie ból. Nie radość. Nie smutek. Właśnie krzyk.
Nie krzyczę po to, żeby coś osiągnąć, chyba że mówimy o osiągnięciu jakiegoś stanu świadomości. Gdy krzyczę, bardzo wyraźnie czuję wpływ tych wszystkich substancji które działają w moim organizmie mocniej niż normalnie i jest to cholernie przyjemne uczucie. W pewnym sensie krzyk jest dla mnie narkotykiem po prostu.
Na warszawskim koncercie Slayera nie krzyczał prawie nikt – pewnie ludzie nie zdążyli się jeszcze upić. Możliwe też, że zadziałał brzmieniowy handicap, o autorstwo którego podejrzewam ekipę Metallicy – ludzie nie dostali po uszach od początku tak jak powinni byli, więc emocje opadły. Był jednak taki moment, gdy Lombardo zagrał solówkę. Wiadomo, jak Lombardo gra – nie widzę sensu żeby się nad tym rozwodzić. Zacząłem w tym momencie krzyczeć, z całej siły. Nie wiem, czy krzyczał ktoś jeszcze, całkiem możliwe, bo temperatura urosła w tym momencie tak, że aż parzyło. Ten krzyk nie był długi, ale zdarł mi gardło – chrypiałem przez 2 dni.
Chcę jeszcze kiedyś tak krzyknąć. Chyba niczego nie chcę bardziej.
Nie krzyczę po to, żeby coś osiągnąć, chyba że mówimy o osiągnięciu jakiegoś stanu świadomości. Gdy krzyczę, bardzo wyraźnie czuję wpływ tych wszystkich substancji które działają w moim organizmie mocniej niż normalnie i jest to cholernie przyjemne uczucie. W pewnym sensie krzyk jest dla mnie narkotykiem po prostu.
Na warszawskim koncercie Slayera nie krzyczał prawie nikt – pewnie ludzie nie zdążyli się jeszcze upić. Możliwe też, że zadziałał brzmieniowy handicap, o autorstwo którego podejrzewam ekipę Metallicy – ludzie nie dostali po uszach od początku tak jak powinni byli, więc emocje opadły. Był jednak taki moment, gdy Lombardo zagrał solówkę. Wiadomo, jak Lombardo gra – nie widzę sensu żeby się nad tym rozwodzić. Zacząłem w tym momencie krzyczeć, z całej siły. Nie wiem, czy krzyczał ktoś jeszcze, całkiem możliwe, bo temperatura urosła w tym momencie tak, że aż parzyło. Ten krzyk nie był długi, ale zdarł mi gardło – chrypiałem przez 2 dni.
Chcę jeszcze kiedyś tak krzyknąć. Chyba niczego nie chcę bardziej.
sobota, 4 grudnia 2010
Coltrane
Pisanie o muzyce jest trudne. Można opisywać wydarzenia z życia muzyków, można pisać o okolicznościach powstawania utworów, ale nie dotknie się słowami sedna.
Jeśli na tym świecie istnieje coś nadprzyrodzonego, to szukałbym tego czegoś w dźwiękach Coltrane'a raczej niż w świętych pierdołach za pomocą których jedni próbują kontrolować drugich. Myślę jednak, że niczego nadprzyrodzonego nie ma. Coltrane był człowiekiem, a więc wyprostowaną, superinteligentną małpą jak ja czy Ty. To, czego dotykał, co aktywował, było ludzkie i powszechne. A jednak wymyka się językowi, wymyka się logice, metodzie naukowej. Nie da się tego nazwać, zmierzyć, opisać. I raczej nieprędko się to zmieni – koniec końców istnieje to przynajmniej tak długo jak człowiek, a możliwe, że tak długo jak istnienie.
Jeśli na tym świecie istnieje coś nadprzyrodzonego, to szukałbym tego czegoś w dźwiękach Coltrane'a raczej niż w świętych pierdołach za pomocą których jedni próbują kontrolować drugich. Myślę jednak, że niczego nadprzyrodzonego nie ma. Coltrane był człowiekiem, a więc wyprostowaną, superinteligentną małpą jak ja czy Ty. To, czego dotykał, co aktywował, było ludzkie i powszechne. A jednak wymyka się językowi, wymyka się logice, metodzie naukowej. Nie da się tego nazwać, zmierzyć, opisać. I raczej nieprędko się to zmieni – koniec końców istnieje to przynajmniej tak długo jak człowiek, a możliwe, że tak długo jak istnienie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)